Unijny koniec „magicznej” granicy 150 euro. Co to realnie znaczy dla Temu, Shein – i dla polskich e-sprzedawców? Komentarz

Podsumuj artykuł z AI
ChatGPT
Gemini (Kopiuj)

17.11.2025

Chińskie platformy modowe i ogólnotowarowe, takie jak Shein, Temu i AliExpress, wciągnęły niemiecki (a szerzej: europejski) e-handel w prawdziwy wir. W samej tylko branży fashion w Niemczech ich łączny brutto-wolumen sprzedaży sięga już około 3,8 miliarda euro, co przekłada się na ponad 20 procent udziału w rynku w jednej kategorii. Ten udział nie urósł jednak spokojnie i organicznie – pojawił się błyskawicznie i „brutalnie”, korzystając z asymetrii regulacyjnych i podatkowych między Europą a Chinami.

Równolegle UE właśnie podjęła decyzję, która może ten obraz rynku istotnie zmienić: ministrowie finansów krajów członkowskich zgodzili się na zniesienie zwolnienia z cła dla przesyłek o wartości poniżej 150 euro z krajów trzecich. Zmiana ma wejść w życie „jak najszybciej w 2026 roku”, a nie – jak pierwotnie planowano – dopiero w 2028. Dla polskich sprzedawców online to potencjalnie najważniejsza regulacyjna wiadomość od lat.

Jak chińskie platformy zdobyły europejski e-handel?

Modele Shein, Temu czy wielu sprzedawców z AliExpress opierają się na ogromnej skali, agresyjnym marketingu i subwencjonowanych cenach. Na Temu widzimy tysiące produktów, których ceny są tak niskie, że jasno widać, iż zwykły sprzedawca musiałby do nich dopłacić. Różnicę pokrywa platforma, traktując to jak budżet marketingowy – walka o udział w rynku jest ważniejsza niż krótkoterminowy zysk.

To nie jest klasyczna konkurencja cenowa w ramach tych samych reguł gry. To tworzenie sztucznego „zakupowego haju” u konsumentów dzięki wojnie cenowej, na którą normalny europejski sklep – zmuszony do płacenia podatków, ceł, składek, godnych wynagrodzeń i ponoszenia ryzyk prawnych – po prostu nie ma odpowiedzi. Dla polskiego czy niemieckiego e-sprzedawcy rynek przestaje być rynkiem, a zaczyna przypominać pole bitwy.

Problem nie kończy się na cenach: podatki, prawo i odpowiedzialność

Sprzedawca działający w UE, także polski, musi zmierzyć się z pełnym pakietem obowiązków. Dotyczy to zarówno sprzedaży krajowej, jak i transgranicznej:

– rozliczanie podatku VAT zgodnie z unijnymi zasadami (w tym OSS/IOSS),
– cła przy imporcie spoza UE,
– spełnienie wymogów bezpieczeństwa produktów,
– oznakowanie CE dla całych grup towarów,
– rejestry opakowań i baterii, systemy rozszerzonej odpowiedzialności producenta (EPR),
– pełna odpowiedzialność za rękojmię, gwarancję i obsługę zwrotów,
– oraz – co mocno różni koszty – wypłacanie wynagrodzeń zgodnych z europejskimi standardami.

Tymczasem duża część sprzedawców działających na Temu czy AliExpress albo w ogóle nie stosuje się do tych zasad, albo robi to wybiórczo. Towary przychodzą bez prawidłowego oznakowania, z niejasnym lub nieistniejącym podmiotem odpowiedzialnym w UE, z instrukcjami wyłącznie po chińsku lub angielsku, bez realnej możliwości wyegzekwowania roszczeń. Konsument w praktyce staje się samodzielnym importerem: jeśli coś jest niezgodne z prawem, niebezpieczne lub wadliwe, dochodzenie roszczeń przeciwko sprzedawcy z Chin jest albo skrajnie trudne, albo wręcz nierealne.

Jakość i bezpieczeństwo: dane z Bundesnetzagentur i Stiftung Warentest

Niemieckie dane pokazują skalę problemu. Bundesnetzagentur (niemiecka Federalna Agencja ds. Sieci) przeanalizowała 511 produktów z Temu – od lamp LED, przez słuchawki, po zasilacze. Około 62,4 procent tych artykułów nie spełniało wymogów unijnego prawa, najczęściej brakowało prawidłowego oznakowania CE, informacji o odpowiedzialnym podmiocie w UE lub wymaganej dokumentacji po niemiecku. Formalnie takie towary nie powinny być w ogóle dopuszczone do obrotu na rynku wewnętrznym.

Zbliżony obraz daje badanie Stiftung Warentest. Przetestowano 162 produkty kupione na Temu i Shein – m.in. biżuterię, zabawki dla niemowląt i ładowarki USB. Więcej niż dwie trzecie artykułów nie spełniało unijnych wymogów bezpieczeństwa, a około jedna czwarta została oceniona jako potencjalnie niebezpieczna. Wnioski z innych badań, obejmujących także AliExpress czy TikTok Shop, są podobne: masowo pojawia się towar, który w warunkach tradycyjnego importu przez europejskiego dystrybutora zwyczajnie nie przeszedłby kontroli.

Skala: 12 milionów paczek dziennie i miliardy niskocennych przesyłek

Z perspektywy systemu celnego to nie są pojedyncze „paczki z Chin”, tylko niekończąca się fala. Według Komisji Europejskiej w ostatnim roku do UE wjechało 4,6 miliarda przesyłek o niskiej wartości – średnio około 12 milionów dziennie. Znaczna część pochodzi z Chin i jest efektem rozwoju platform typu Temu, Shein czy AliExpress.

Niektórzy komentatorzy próbują to zobrazować logistycznie: jeśli przyjąć, że do dużego samolotu cargo można załadować około 30 tysięcy paczek, to 12 milionów przesyłek dziennie oznacza nawet około 400 takich lotów na dobę. Część towarów przypływa oczywiście statkami i jest wcześniej magazynowana w Europie, ale obraz obciążenia infrastruktury i śladu środowiskowego pozostaje wymowny.

Mimo rosnącej krytyki konsumencki popyt jest ogromny. Temu miało w pierwszej połowie 2025 roku przeciętnie około 115 milionów aktywnych użytkowników miesięcznie w UE, z czego około 20 milionów w samych Niemczech. Shein jest jeszcze większy – około 145 milionów użytkowników miesięcznie, co odpowiada mniej więcej jednej trzeciej populacji Unii. W ciągu zaledwie sześciu miesięcy obie platformy urosły o około 12 procent.

Asymetria rynkowa: Europa otwarta, Chiny – niekoniecznie

W debacie europejskich sprzedawców przewija się kluczowy wątek: nie chodzi tylko o to, że import z Chin jest łatwy. Chodzi o to, że w praktyce jest jednostronnie łatwy.

Wejście europejskiego sprzedawcy na rynek chiński – czy to przez lokalne marketplace’y, czy własny sklep – jest kosztowne i obwarowane wieloma wymogami. Platformy żądają wysokich depozytów zabezpieczających (tzw. security fees), konieczna jest współpraca z lokalnym agentem, a na wielu segmentach rynku zagraniczni sprzedawcy są co najmniej „niemile widziani”. Krótko mówiąc: Chiny trzymają drzwi raczej przymknięte, podczas gdy Europa – dotychczas – miała je szeroko otwarte, również dla milionów tanich przesyłek o wartości kilku czy kilkunastu euro.

Co dokładnie zmienia decyzja UE w sprawie progu 150 euro?

Do tej pory w UE obowiązywała tzw. de-minimis – zwolnienie z cła dla przesyłek o wartości poniżej 150 euro, wysyłanych bezpośrednio do konsumenta z krajów spoza Unii. To właśnie ten mechanizm umożliwiał, aby niezliczone tanie produkty z Chin trafiały do klientów bez realnego obciążenia celnego i przy bardzo ograniczonym nadzorze.

Komisja Europejska pierwotnie planowała likwidację tego przywileju dopiero około 2028 roku, w ramach szerokiej reformy unijnego kodeksu celnego. Jednak skala napływu towarów i presja ze strony państw członkowskich oraz środowisk biznesowych sprawiły, że tempo zostało przyspieszone.

Ministrowie finansów państw UE zgodzili się, że zwolnienie z cła dla przesyłek poniżej 150 euro zostanie zniesione do 2026 roku, a do tego czasu ma zostać wypracowane „proste rozwiązanie tymczasowe”. Komisarz ds. handlu Maroš Šefčovič wprost mówił, że dotychczasowy harmonogram jest „nie do pogodzenia z pilnością sytuacji” i że obecne zasady tworzą niedopuszczalne „zniekształcenie konkurencji”, które należy usunąć możliwie szybko.

Niezależnie od tej decyzji Unia przyjęła już wcześniej, że od 2026 roku ma zostać wprowadzona opłata manipulacyjna w wysokości 2 euro za każde małe opakowanie spoza UE. Połączenie końca zwolnienia celnego i dodatkowej opłaty ma z jednej strony zwiększyć wpływy i efektywność systemu, a z drugiej – ograniczyć napływ najtańszego „ramszu”, przy którym koszty kontroli i ryzyka przewyższają często wartość samego towaru.

Warto pamiętać, że podobny ruch wykonano niedawno w USA: tam dotychczasowa wysoka granica zwolnienia (800 dolarów) została istotnie ograniczona, a małe przesyłki objęto takim samym systemem jak pozostały import z danego kraju. W efekcie import wielu kategorii tanich produktów wyraźnie spadł.

Reakcje w Niemczech: „wreszcie krok do uczciwej konkurencji”

Niemieckie organizacje przedsiębiorców zareagowały z wyraźną ulgą. Prezes związku średnich przedsiębiorstw nazwał decyzję „od dawna spóźnionym krokiem w stronę uczciwej konkurencji w Europie” i zaapelował, aby służby celne zostały odpowiednio wzmocnione kadrowo i cyfrowo, tak by faktycznie mogły kontrolować rosnący strumień towarów.

Niemiecki minister finansów podkreślił z kolei, że jest to sygnał, iż „nie chcemy chińskiej tandety, chcemy chronić nasze rynki”. Jednocześnie w debacie publicznej pojawiają się wątpliwości: czy dodatkowe cła i opłaty nie uderzą przede wszystkim w mniej zamożnych konsumentów, którzy dziś szukają najtańszych rozwiązań? Czy faktycznie uda się lepiej wyłapywać produkty niebezpieczne, czy tylko zwiększy się koszt dla kupujących, bez realnego wpływu na bezpieczeństwo?

W komentarzach pojawia się też silny wątek środowiskowy i jakościowy. Część użytkowników zwraca uwagę, że „kto kupuje ekstremalnie tanio, ten często kupuje dwa razy”, inni ripostują, że zachodni producenci od dawna korzystają z chińskich fabryk, a różnica polega głównie na marży i brandingu, nie na kraju pochodzenia. Zwraca się przy tym uwagę na masowe nadużycia oznaczenia CE, brak zabezpieczeń w taniej elektronice, ryzyka pożarowe czy toksyczne substancje w zabawkach.

Co to oznacza dla polskich sprzedawców online?

Z perspektywy polskich e-merchantów i firm myślących o ekspansji na rynki takie jak Niemcy czy Francja, decyzja UE jest ważnym sygnałem: polityczny wiatr zaczął wiać w stronę większej ochrony rynku wewnętrznego i wyrównywania warunków gry.

Nie oznacza to automatycznie, że Temu czy Shein znikną z rynku. Bardziej realistyczny scenariusz to przesunięcie części ich modelu w stronę magazynów i centrów logistycznych w UE, czyli klasycznego importu hurtowego z pełnym cłem i VAT, a nie masowego wysyłania miliardów małych przesyłek bezpośrednio z Chin.

Dla polskich sprzedawców daje to kilka konkretnych szans:

– łatwiej będzie komunikować przewagi w obszarze bezpieczeństwa, jakości, rękojmi i obsługi posprzedażowej – dziś wielu klientów bagatelizuje te elementy, patrząc tylko na cenę;
– część klientów zniechęconych dodatkowymi opłatami przy zakupach z Chin może wrócić do ofert europejskich, zwłaszcza w kategoriach o podwyższonym ryzyku (elektronika, artykuły dziecięce, kosmetyki);
– rośnie znaczenie profesjonalnych usług logistycznych, celnych i compliance – to szansa dla polskich firm B2B, które obsługują cross-border e-commerce;
– w dłuższej perspektywie może to skłonić marketplace’y europejskie (jak Allegro, Otto, eBay, a także Amazon) do mocniejszego promowania europejskich i polskich sprzedawców w kontrze do niezweryfikowanych sprzedawców z krajów trzecich.

Co pozostaje niepewne – i o jakiej „sprawiedliwości” powinniśmy mówić?

Zniesienie granicy 150 euro nie rozwiązuje wszystkich problemów. Chińskie platformy już dziś częściowo korzystają z magazynów w UE; część taniej, słabej jakości produkcji będzie nadal trafiała na rynek przez europejskich importerów. Kluczowe będzie to, jak szybko i sprawnie uda się wdrożyć nowe przepisy, zbudować narzędzia cyfrowe dla służb celnych i faktycznie egzekwować prawo.

Z punktu widzenia polskich firm w dyskusji nie chodzi o protekcjonizm, lecz o elementarną uczciwość i wzajemność. Jeżeli Shein, Temu i AliExpress budują dwucyfrowe udziały w rynku europejskiej mody czy elektroniki, powinny robić to na takich samych zasadach, jak każdy sklep internetowy z Poznania, Berlina czy Paryża – z tym samym VAT, tymi samymi wymogami CE, tymi samymi obowiązkami wobec klientów. A jeśli Europa otwiera swój rynek na chińskich sprzedawców, to ma pełne prawo oczekiwać, że europejscy sprzedawcy dostaną zbliżony dostęp do rynku chińskiego.

Inaczej nie jest to „wolny handel”, lecz jednostronny eksperyment, w którym to europejscy przedsiębiorcy i konsumenci stają się materiałem badawczym. Decyzja o końcu zwolnienia celnego dla przesyłek poniżej 150 euro to pierwszy poważny krok w stronę przywrócenia choćby częściowej równowagi. Dla polskich e-sprzedawców to sygnał, że warto wytrwać w modelu zgodnym z przepisami – bo otoczenie regulacyjne zaczyna wreszcie dostrzegać, jak bardzo dotychczasowe zasady faworyzowały tych, którzy grali inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

19 − 7 =