11 pojemników pod każdym domem? Nie. Absurd jest gdzie indziej
5.02.2026
Od kilku dni po polskich portalach krąży ta sama opowieść: Unia Europejska chce wprowadzić „11 pojemników na odpady”. W domyśle – więcej kubłów, więcej zamieszania, kolejny dowód na to, że Bruksela „odjechała”.
Problem w tym, że ta historia niewiele ma wspólnego z tym, co faktycznie dzieje się na poziomie unijnych regulacji. A już na pewno nie dotyka miejsca, w którym absurd jest dziś najbardziej dotkliwy. Nie przy domach jednorodzinnych. Nie przy altanach śmietnikowych. Tylko na… opakowaniach produktów sprzedawanych cross-border.
Bo jeśli ktoś naprawdę chce zobaczyć, jak wygląda „śmieciowa abstrakcja” w praktyce, niech spojrzy na pudełko albo worek foliowy używany przez sprzedawcę działającego na kilku rynkach UE.

Jedno opakowanie, kilka porządków prawnych
W teorii Unia to jeden rynek. W praktyce — jedno opakowanie bardzo szybko zamienia się w pole kompromisów.
Sprzedawca, który wysyła towar do Francji, Włoch i Hiszpanii, nie projektuje dziś opakowania pod klienta. Projektuje je pod regulacje. A dokładniej: pod kilka różnych wersji tych regulacji.
Na jednej powierzchni potrafią pojawić się:
- francuskie oznaczenia i instrukcje segregacji, wymagane lokalnie,
- włoskie kody materiałowe, zapisane w konkretnym formacie,
- dodatkowe piktogramy lub opisy, „żeby było bezpiecznie” także w innych krajach.
Efekt? Opakowanie przestaje być czytelne. Przestaje być estetyczne. Zaczyna wyglądać jak dokument urzędowy, a nie element doświadczenia zakupowego.
I to nie jest problem teoretyczny. To jest codzienność firm, które sprzedają cross-border i próbują pogodzić jeden produkt z kilkoma porządkami prawnymi.
Skąd wzięło się „11” i dlaczego nie chodzi o kubły
Całe zamieszanie bierze się z prac nad ujednoliceniem oznaczeń dotyczących sortowania odpadów opakowaniowych. Chodzi o to, jak informacja wygląda na opakowaniu i jak ma być interpretowana przez konsumenta w różnych krajach.

Nie chodzi o nakaz budowy nowej infrastruktury. Systemy zbiórki odpadów są i pozostaną lokalne. Jedne gminy łączą frakcje, inne je rozdzielają. Unijne regulacje nie wchodzą z butami w to, ile pojemników ma stać na danym osiedlu.
„11” funkcjonuje tu raczej jako liczba kategorii lub oznaczeń rozważanych w kontekście spójnego systemu informacji. To temat wizualnego języka na opakowaniach, nie rozporządzenia o stawianiu dodatkowych kubłów pod domem.
Tyle że w medialnym skrócie łatwiej sprzedać obrazek z płotem i rzędem pojemników niż realny problem sprzedawcy, który musi zmieścić trzy różne instrukcje na jednym kartonie.

Prawdziwy koszt ponosi e-commerce
Dla konsumenta te różnice często są niewidoczne. Dla e-commerce — są bardzo konkretne.
Każdy dodatkowy wariant oznaczeń to:
- osobny projekt graficzny,
- osobna seria druku,
- podział stanów magazynowych według krajów,
- ryzyko błędu, który może skończyć się wezwaniem, korektą albo blokadą sprzedaży.
W praktyce opakowanie staje się kolejnym elementem compliance. I to elementem trudnym do skalowania, bo każde „lokalne doprecyzowanie” oznacza zmianę w fizycznym produkcie.
Dlatego dla sprzedawców cross-border największym absurdem nie jest wizja dodatkowych pojemników, tylko to, że w jednym wspólnym rynku nadal funkcjonuje kilka równoległych „dialektów” oznaczania tego samego odpadu.
Jeśli coś ma się zmienić, to właśnie tu
Jeżeli unijne ujednolicenie ma przynieść realną ulgę, to właśnie w tym obszarze: jeden, czytelny standard informacji na opakowaniu. Taki, który nie wymaga dopisywania kolejnych bloków tekstu „na wszelki wypadek”.
Nie po to, żeby komuś było łatwiej segregować śmieci — choć to też ważne — ale po to, żeby sprzedawca nie musiał prowadzić równolegle kilku wersji tego samego opakowania.
Bo dziś prawdziwy „etykietowy koszmar” już istnieje. I nie ma nic wspólnego z liczbą kubłów przed domem.
Ma za to bardzo dużo wspólnego z tym, ile znaków, ikon i instrukcji musi zmieścić jedno pudełko, zanim w ogóle trafi do klienta.


