Fala nowych upomnień w Niemczech: tym razem chodzi o CE, „japońskie” noże i ceny jednostkowe
- „CE-zertifiziert” brzmi bezpiecznie, ale na rynku niemieckim może być kosztowną pułapką
- „Japan-Messer” z Chin to nie detal marketingowy, lecz ryzyko sporu o pochodzenie towaru
- Brak ceny jednostkowej to nadal jeden z najłatwiejszych do wykrycia błędów
- Co powinien zrobić sprzedawca z Polski sprzedający do Niemiec
10.04.2026
Regularnie piszemy o aktualnie najczęstszych przyczynach upomnień kierowanych do sprzedawców internetowych działających na rynku niemieckim. W centrum uwagi ponownie znalazł się adwokat Sandhage, dobrze znany w niemieckim e-commerce z reprezentowania podmiotów dochodzących roszczeń za naruszenia zasad uczciwej konkurencji. W praktyce dla sprzedawcy oznacza to jedno: nawet pozornie drobne sformułowanie w ofercie może uruchomić kosztowny spór.
Niemiecki model egzekwowania reguł sprzedaży online w dużej mierze opiera się na prywatnym dochodzeniu roszczeń. Firmy konkurencyjne, wyspecjalizowane podmioty gospodarcze albo organizacje pilnujące zasad rynku mogą wysyłać sprzedawcom upomnienie, czyli formalne wezwanie do zaniechania naruszenia i pokrycia kosztów. To nie jest jeszcze wyrok sądu, ale bardzo często pierwszy etap presji prawnej, która może skończyć się podpisaniem zobowiązania, zapłatą kosztów, zmianą oferty, a przy braku reakcji także dalszym postępowaniem.
Tym razem chodzi o trzy różne kategorie naruszeń: reklamowanie produktu jako „CE-zertifiziert”, używanie określenia „Japan-Messer” dla noży wyprodukowanych w Chinach oraz brak ceny jednostkowej przy towarach, które muszą ją zawierać. Z punktu widzenia polskiego sprzedawcy najważniejsze jest to, że wszystkie trzy problemy pojawiają się regularnie przy sprzedaży na eBay, Amazon i we własnych sklepach kierowanych do klientów z Niemiec.
Kim są strony tych spraw i dlaczego rynek powinien ich znać
Mävers Handels GmbH to spółka handlowa, w której imieniu skierowano jedno z upomnień. Reprezentował ją adwokat Sandhage. Dla sprzedawcy cross-border nie jest kluczowe, jak duży jest ten podmiot, ale to, że działa w modelu typowym dla niemieckiego rynku: konkurent albo firma wskazująca interes gospodarczy dostrzega naruszenie i uruchamia procedurę roszczeniową.
Blanken Küchenmesser & mehr Import Ltd., reprezentowana przez kancelarię Schleinkofer, wystąpiła w sprawie oznaczenia „Japan-Messer”. Tu stawką jest nie tylko opis marketingowy, ale też używanie określenia sugerującego konkretne pochodzenie produktu.
Verband Sozialer Wettbewerb to niemieckie stowarzyszenie zajmujące się pilnowaniem zasad uczciwej konkurencji. Tego typu organizacje od lat monitorują oferty w sklepach i na marketplace. Z perspektywy polskiego eksportera do Niemiec mają realny wpływ na codzienną sprzedaż, bo reagują również na błędy cenowe, które na pierwszy rzut oka wydają się czysto techniczne.
„CE-zertifiziert” brzmi bezpiecznie, ale na rynku niemieckim może być kosztowną pułapką
W jednym z przypadków upomnienie dotyczyło sprzedawcy oferującego kaski rowerowe na eBay. Zarzut nie odnosił się do braku oznaczenia CE, lecz do użycia określenia „CE-zertifiziert”. W imieniu Mävers Handels GmbH zażądano 1 457,87 euro.
Dlaczego to sformułowanie jest problematyczne
Znak CE to oznaczenie zgodności stosowane dla wybranych grup produktów na rynku Unii Europejskiej. Nie jest to co do zasady certyfikat przyznawany sprzedawcy przez urząd w takim sensie, w jakim konsumenci rozumieją słowo „certyfikowany”. W wielu przypadkach oznakowanie CE opiera się na deklaracji producenta, że dany wyrób spełnia wymagania właściwych przepisów unijnych. Dlatego sformułowanie „CE-zertifiziert” może tworzyć mylne wrażenie, że produkt przeszedł niezależną, urzędową albo zewnętrzną certyfikację, choć w rzeczywistości tak nie było.
Na rynku niemieckim taki przekaz może zostać uznany za wprowadzający w błąd i jednocześnie naruszający zasady uczciwej konkurencji. To ważne rozróżnienie: problemem nie jest samo posiadanie oznaczenia CE, lecz sposób komunikowania tego faktu klientowi.
Co to oznacza dla polskiego sprzedawcy
Polski sprzedawca, który tłumaczy opisy produktów na język niemiecki albo korzysta z automatycznych szablonów, bardzo łatwo może powielić błąd. W praktyce często wygląda to tak: importer otrzymuje od dostawcy informację, że produkt „ma CE”, a następnie w karcie produktu pojawia się bardziej chwytliwe marketingowo hasło „CE-zertifiziert”. Z biznesowego punktu widzenia to kuszące, bo zwiększa zaufanie klienta. Z prawnego punktu widzenia może uruchomić roszczenie o wprowadzanie w błąd.
Dobrym przykładem jest sprzedaż akcesoriów sportowych. Kaski rowerowe, ochraniacze czy elektronika użytkowa często mają opisy tworzone seryjnie dla wielu kanałów sprzedaży. Wystarczy, że jeden pracownik albo zewnętrzna agencja doda do niemieckiego listingu słowo „zertifiziert”, a błąd trafia jednocześnie do eBay, sklepu internetowego i porównywarek cenowych.
Ryzyko nie kończy się na samym koszcie 1 457,87 euro. Sprzedawca musi jeszcze poprawić oferty, sprawdzić pozostałe produkty, przygotować odpowiedź prawną i liczyć się z tym, że spór może odbić się na czasie reakcji wobec klientów. Przy sprzedaży na marketplace dochodzi jeszcze ryzyko zgłoszeń dotyczących jakości oferty, usuwania listingów albo pogorszenia wskaźników konta. O znaku CE pisaliśmy już wielokrotnie – sprawdź tutaj.
„Japan-Messer” z Chin to nie detal marketingowy, lecz ryzyko sporu o pochodzenie towaru
Drugi przypadek dotyczył sprzedaży noży na eBay. Sprzedawca użył określenia „Japan-Messer”, choć noże zostały wyprodukowane w Chinach. W sprawie wystąpiła Blanken Küchenmesser & mehr Import Ltd., reprezentowana przez kancelarię Schleinkofer. Wartość roszczenia wskazano na 1 590,91 euro.
Dlaczego pochodzenie produktu ma znaczenie większe, niż wielu sprzedawców zakłada
W handlu internetowym opis pochodzenia jest często elementem pozycjonowania produktu premium. Sformułowania typu „japoński nóż”, „włoska skóra” czy „niemiecka jakość” mają budować skojarzenie z tradycją, technologią i klasą wykonania. Problem zaczyna się wtedy, gdy oznaczenie sugeruje miejsce pochodzenia, którego produkt faktycznie nie ma.

W tej sprawie uznano, że użycie określenia „Japan-Messer” dla produktu wytworzonego w Chinach narusza zasady rynku. Wskazano przy tym zarówno problem z prawem znaków towarowych, jak i naruszenie zasad uczciwej konkurencji. Z perspektywy sprzedawcy najważniejsze jest, że nie da się obronić takiego opisu argumentem marketingowym, jeśli klient otrzymuje fałszywy komunikat o pochodzeniu.
Jak taki błąd powstaje w praktyce
To klasyczny scenariusz marketplace. Hurtownia przesyła plik produktowy, w którym nazwa handlowa zawiera określenie „Japan style” albo „Japanese knife”, choć produkcja odbywa się w Chinach. Sprzedawca importuje dane do eBay bez dodatkowej weryfikacji. Po kilku tygodniach oferta zaczyna dobrze konwertować, bo klient kojarzy produkt z japońskim rzemiosłem. I właśnie wtedy pojawia się upomnienie.
Dla polskich marek sprzedających do Niemiec to ważna lekcja. Na rynku niemieckim pochodzenie produktu nie może być traktowane jak ozdobnik. Jeżeli nazwa, grafika, opis albo parametry sugerują określony kraj wytworzenia, trzeba mieć pewność, że komunikat jest prawdziwy i obronny. Dotyczy to nie tylko noży, ale też ceramiki, tekstyliów, mebli, kosmetyków czy produktów regionalnych.
Skutki wykraczają poza sam koszt 1 590,91 euro. Błędny opis może uruchomić zwroty, spory konsumenckie i zarzuty w recenzjach. Klient, który kupował „japoński” produkt, a odkrywa pochodzenie z Chin, znacznie częściej wystawia negatywną ocenę i podważa wiarygodność całego sklepu.
Brak ceny jednostkowej to nadal jeden z najłatwiejszych do wykrycia błędów
Trzecia sprawa dotyczyła sprzedaży kosmetyków i żywności, a więc kategorii szczególnie często kontrolowanych pod kątem cen. Verband Sozialer Wettbewerb skierował roszczenie o wartości 357 euro. Przedmiotem zarzutu był brak ceny jednostkowej przy produktach sprzedawanych według masy, objętości, długości albo powierzchni. Wskazano przykład szamponu oferowanego na Amazon, gdzie zamiast wymaganej ceny jednostkowej podano jedynie cenę za sztukę.
Czym jest cena jednostkowa i dlaczego sam „preis pro Stück” nie wystarcza
Cena jednostkowa to cena odnosząca się do określonej jednostki miary, na przykład 1 litra, 1 kilograma, 1 metra albo 1 metra kwadratowego. W niemieckim handlu internetowym ma ona umożliwić szybkie porównanie ofert. Jeśli klient kupuje szampon 250 ml, powinien widzieć nie tylko cenę opakowania, ale też przeliczenie, ile kosztuje 1 litr.
To obszar, w którym wielu sprzedawców polega na automatyce marketplace. Problem w tym, że Amazon czy inne platformy nie zawsze poprawnie wyświetlają dane, jeśli atrybut jednostki miary został źle uzupełniony albo nie został uzupełniony wcale. Z perspektywy organizacji pilnujących zasad rynku nie ma większego znaczenia, czy to błąd systemu, integracji czy człowieka. Odpowiedzialność zwykle spada na sprzedawcę.
Niska kwota roszczenia nie oznacza małego ryzyka
357 euro wygląda niegroźnie na tle dwóch wcześniejszych spraw. W praktyce taki przypadek bywa bardziej niebezpieczny operacyjnie, bo podobny błąd często występuje hurtowo na dziesiątkach lub setkach indeksów. Jeżeli cena jednostkowa jest źle skonfigurowana dla całej kategorii kosmetyków, korekta może objąć dużą część asortymentu i wymagać zmian w systemie produktowym, feedach oraz mapowaniu danych do Amazon.
Dla sprzedawcy żywności, suplementów, kosmetyków albo chemii domowej to obszar krytyczny. Nie chodzi wyłącznie o formalność. Brak ceny jednostkowej uderza też w porównywalność oferty, może obniżać konwersję i zwiększać liczbę pytań od klientów.
O cenach jednostkowych pisaliśmy również tutaj
Co powinien zrobić sprzedawca z Polski sprzedający do Niemiec
Polski sprzedawca kierujący oferty do klientów z Niemiec powinien potraktować te trzy przypadki jako sygnał do audytu, nie jako odosobnione incydenty. Najpierw trzeba przejrzeć nazwy i opisy produktów pod kątem sformułowań sugerujących certyfikację, urzędowe zatwierdzenie albo szczególne pochodzenie. Następnie warto sprawdzić wszystkie kategorie, w których obowiązuje cena jednostkowa, i potwierdzić, że platforma wyświetla ją poprawnie na karcie produktu, w wynikach wyszukiwania i w wersji mobilnej.
W praktyce działania powinny objąć cztery obszary. Pierwszy to karta produktu: nazwa, bullet points, opis, parametry techniczne i grafiki. Drugi to dane źródłowe z hurtowni lub od producenta, bo właśnie tam najczęściej pojawia się błędne określenie pochodzenia albo statusu zgodności. Trzeci to integracje z marketplace, zwłaszcza Amazon i eBay, gdzie część informacji jest nadpisywana automatycznie. Czwarty to procedura obsługi klienta i zwrotów, bo przy sporze o pochodzenie albo cechy produktu rośnie ryzyko reklamacji i zwrotów środków.
Warto też wyznaczyć prostą zasadę redakcyjną dla zespołu: nie używać określeń typu „certyfikowany”, „oryginalnie japoński”, „niemieckiej produkcji” czy podobnych, dopóki ich znaczenie nie zostanie zweryfikowane dokumentacyjnie. W sprzedaży transgranicznej do Niemiec ostrożniejszy, precyzyjny opis zwykle jest tańszy niż chwytliwe hasło marketingowe.
Dla marek własnych i importerów szczególnie ważna jest regularna kontrola starszych listingów. Wiele sporów nie wynika z nowej kampanii, lecz z oferty wystawionej miesiące albo lata wcześniej, która nigdy nie została zrewidowana po zmianie dostawcy, miejsca produkcji lub opakowania.
Rynek niemiecki nadal pokazuje, że najdroższe błędy w e-commerce często nie zaczynają się od wielkich naruszeń, lecz od jednego słowa w opisie albo jednego brakującego pola w danych produktowych. 1 457,87 euro za „CE-zertifiziert”, 1 590,91 euro za „Japan-Messer” z Chin i 357 euro za brak ceny jednostkowej to konkretne liczby, ale jeszcze ważniejsza jest ich wspólna lekcja: compliance ofertowe nie jest dodatkiem do sprzedaży, tylko częścią codziennej operacji.


