120 tys. euro za cudzy wzór. Tak rośnie ryzyko, którego e-commerce często nie widzi

Podsumuj artykuł z AI
Podsumowanie wygenerowane automatycznie przez Gemini. Sprawdź pełną treść artykułu.

23.04.2026

Kwota przekraczająca 118 tys. euro, powiększona o blisko 3 tys. euro kosztów pełnomocnika, robi wrażenie nie dlatego, że dotyczy luksusowego produktu, lecz dlatego, że pokazuje mechanikę sporu, który w e-commerce może narastać latami niemal niezauważenie. Według opisu aktualnego upomnienia przedstawionego przez Händlerbund 22 kwietnia 2026 r. chodzi o wieloletnie komercyjne korzystanie z określonego projektu bez wymaganej zgody.

Najważniejsze zastrzeżenie prawne brzmi jednak tak: nie jest to po prostu modelowa sprawa z prawa z rejestracji wzoru przemysłowego. Sam przypadek został opisany jako spór z zakresu prawa autorskiego, mimo że dotyczy wyglądu produktu. To rozróżnienie ma znaczenie praktyczne, bo w obrocie internetowym często miesza się dwa odrębne porządki ochrony.

Pierwszy to prawo z rejestracji wzoru przemysłowego, w niemieckiej terminologii określane jako ochrona designu. Drugi to prawo autorskie do projektu, jeżeli dana postać produktu ma cechy twórczości i korzysta z ochrony jako utwór, także w obszarze sztuki użytkowej. Z perspektywy sprzedawcy oba reżimy mogą prowadzić do podobnego efektu biznesowego: zniknięcia ofert, żądania zapłaty, presji na natychmiastową reakcję i sporu o dokumentację praw.

W Niemczech typowym pierwszym krokiem jest upomnienie, czyli pozasądowe wezwanie do zaniechania naruszeń, usunięcia skutków i spełnienia roszczeń pieniężnych. Dla firmy sprzedającej do Niemiec oznacza to nie tylko problem prawny, lecz także ryzyko operacyjne: blokadę oferty, wstrzymanie importu, konieczność wycofania zapasu i spadek jakości obsługi klienta na marketplace.

Czym jest „Designschutz” i co naprawdę chroni w Niemczech oraz w Unii Europejskiej

Ochrona designu to w praktyce prawo z rejestracji wzoru przemysłowego

Poprawnym polskim odpowiednikiem niemieckiego pojęcia Designschutz jest przede wszystkim ochrona wzoru przemysłowego, a gdy chodzi o prawo już udzielone i wpisane do rejestru, najprecyzyjniej mówić o prawie z rejestracji wzoru przemysłowego. Przedmiotem ochrony nie jest sam pomysł na produkt, lecz jego zewnętrzna postać: linie, kontury, kształt, kolorystyka, struktura powierzchni i ornamentyka. Ochrona może obejmować również część produktu, na przykład podeszwę buta, uchwyt, obudowę albo charakterystyczny element dekoracyjny.

W Niemczech rejestr prowadzi Deutsches Patent- und Markenamt (DPMA), czyli Niemiecki Urząd Patentów i Znaków Towarowych. Wpis do tego rejestru daje ochronę na terytorium Niemiec. Maksymalny czas trwania prawa wynosi 25 lat od dnia zgłoszenia, pod warunkiem utrzymywania ochrony. To rozwiązanie ma duże znaczenie dla handlu transgranicznego, bo polski sprzedawca wchodzący do Niemiec może naruszyć cudze prawo nawet wtedy, gdy w Polsce dany produkt nie budził wcześniej zastrzeżeń.

Zakres ochrony wyznaczają przedstawienia złożone przy zgłoszeniu. To one pokazują, co dokładnie jest objęte prawem. W sporze nie porównuje się więc abstrakcyjnej „idei produktu”, lecz konkretną postać ujawnioną w materiałach rejestrowych z wyglądem produktu w ofercie handlowej.

Jak ocenia się naruszenie i dlaczego sprzedawca nie powinien liczyć na kosmetyczne zmiany

W sprawach o wzory kluczowe jest pytanie, czy sporny produkt wywołuje na zorientowanym użytkowniku inny ogólny wygląd niż wzór chroniony. Chodzi o osobę mającą rozeznanie w danej branży, ale niebędącą ekspertem technicznym ani projektantem. To ważne dla praktyki marketplace, ponieważ drobna zmiana koloru, przesunięcie jednego elementu albo minimalna korekta proporcji nie zawsze wystarczy, by wyjść poza zakres cudzego prawa.

Właściciel zarejestrowanego wzoru może sprzeciwiać się używaniu go przy wytwarzaniu, oferowaniu, wprowadzaniu do obrotu, imporcie i eksporcie. Dla polskiej firmy oznacza to, że ryzyko nie ogranicza się do własnej produkcji. Problem może pojawić się również przy imporcie gotowego towaru od dostawcy spoza Unii Europejskiej, przy sprzedaży pod marką prywatną albo przy prostym „przepięciu” oferty z jednego rynku na drugi.

Sam brak wpisu w DPMA nie daje bezpieczeństwa

To, że dany wzór nie jest zarejestrowany w niemieckim DPMA, nie oznacza jeszcze braku ryzyka. Ochrona może wynikać także z prawa unijnego. Rejestrację na poziomie Unii prowadzi Urząd Unii Europejskiej do spraw Własności Intelektualnej (EUIPO), a takie prawo działa na całym obszarze Unii, więc obejmuje równocześnie Niemcy i Polskę.

Dodatkowo w praktyce e-commerce istotny bywa także niezarejestrowany wzór Unii Europejskiej, który co do zasady chroni postać produktu przez 3 lata od pierwszego publicznego ujawnienia w Unii. Dla sprzedawców oznacza to prosty wniosek: brak numeru niemieckiego rejestru nie zamyka tematu. Produkt nadal może być objęty ochroną, a ryzyko ujawni się dopiero wtedy, gdy oferta zacznie sprzedawać się w większej skali.

Skąd bierze się roszczenie przekraczające 100 tys. euro i dlaczego nie wolno upraszczać tego mechanizmu

W opisanym przypadku rdzeń sporu należy do prawa autorskiego

Największe nieporozumienie w podobnych sprawach bierze się z utożsamiania każdej ochrony wyglądu produktu z prawem wzorów. Tymczasem opisany przypadek został przedstawiony jako upomnienie z zakresu prawa autorskiego. To oznacza, że mechanizm wyliczania roszczeń trzeba wiązać przede wszystkim z prawem autorskim, a nie automatycznie z samym prawem z rejestracji wzoru.

W takim modelu punktem wyjścia bywa analogia do opłaty licencyjnej. Mówiąc prościej, podmiot korzystający komercyjnie z cudzego projektu bez zgody może zostać obciążony kwotą odpowiadającą temu, ile zapłaciłby za rozsądną rynkową licencję, gdyby zawarł ją legalnie. W handlu internetowym to bardzo niebezpieczny mechanizm, bo nie odnosi się wyłącznie do wartości pojedynczego egzemplarza. Uwzględnia całą skalę i czas korzystania.

Jeżeli produkt był sprzedawany przez lata, a projekt był stałym elementem oferty, kwota podstawowa rośnie z każdym sezonem. Właśnie dlatego naruszenie, które w dziale handlowym wygląda jak „stara, dobrze rotująca oferta”, po stronie praw może przerodzić się w roszczenie sześciocyfrowe.

Brak oznaczenia autora nie jest standardową sankcją prawa wzorów

Szczególnie ważne jest rozróżnienie dotyczące oznaczenia autora. W niemieckim prawie autorskim prawo do uznania autorstwa wynika z § 13 UrhG. To właśnie na tym gruncie w praktyce orzeczniczej pojawia się niekiedy dopłata sięgająca 100 proc. kwoty licencyjnej za brak oznaczenia twórcy. Tego mechanizmu nie należy jednak przedstawiać jako oczywistego, automatycznego skutku samej ochrony wzoru przemysłowego.

W prawie wzorów kwestia wskazania projektanta ma inny charakter. Nie chodzi o powszechny obowiązek oznaczania autora w listingach sprzedażowych na takich zasadach, jak w sporach copyrightowych. Dla sprzedawcy to rozróżnienie jest kluczowe. Jeżeli spór dotyczy prawa autorskiego do projektu, brak oznaczenia twórcy może istotnie zwiększyć roszczenie. Jeżeli jednak ktoś upraszcza sprawę do hasła „zarejestrowany design zawsze daje 100 proc. dodatku”, to idzie za daleko.

Odsetki i przedawnienie wymagają ostrożnego opisu

Podobnie jest z odsetkami. W praktyce roszczenia mogą zostać powiększone o odsetki, ale nie ma jednej uniwersalnej reguły, że w każdej sprawie liczy się je automatycznie od pierwszego dnia naruszenia według prostego wzoru. W niemieckim prawie cywilnym znaczenie mają m.in. reguły dotyczące opóźnienia i etapu sporu, dlatego sposób naliczania odsetek trzeba zawsze wiązać z podstawą roszczenia i przebiegiem sprawy.

Ostrożności wymaga także temat przedawnienia. Długi „ogon” roszczeń jest realny zarówno w prawie autorskim, jak i w prawie wzorów, ale nie powinno się tego sprowadzać do jednej, oderwanej od podstawy prawnej formuły. W prawie autorskim i w prawie wzorów niemieckie przepisy odsyłają do ogólnych zasad kodeksu cywilnego, a dodatkowo do roszczenia o wydanie uzyskanego przysporzenia, które może wydłużać perspektywę dochodzenia należności. Dla biznesu wniosek jest prosty: dawna oferta nie staje się bezpieczna tylko dlatego, że sprzedawca przestał o niej myśleć.

Dwa scenariusze, które polski e-commerce zna aż za dobrze

Pierwszy scenariusz dotyczy sprzedaży fanowskiego akcesorium sportowego. Firma kupuje produkt od zagranicznego dostawcy, otrzymuje zapewnienie, że towar „jest legalny”, a następnie oferuje go przez kilka lat na Amazon, eBay i we własnym sklepie kierowanym do klientów w Niemczech. Po czasie okazuje się, że projekt był chroniony, a dokumenty od dostawcy nie obejmowały praw do takiego wykorzystania. Wtedy spór nie dotyczy tylko zapłaty. Pojawia się także wycofanie zapasu, wstrzymanie kampanii, reklamacje klientów i napięcie z partnerem logistycznym.

Drugi scenariusz jest jeszcze częstszy przy markach własnych. Polski sprzedawca zamawia projekt produktu lub opakowania u freelancera, studia graficznego albo producenta OEM. Strony uzgadniają cenę i termin, ale nie doprecyzowują, kto i w jakim zakresie nabywa prawa do projektu na rynkach zagranicznych. Przez dwa albo trzy lata wszystko działa. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy sprzedaż rośnie, a ktoś po drugiej stronie przypomina sobie o prawach do projektu. Dla marketplace nie ma większego znaczenia, że spór toczy się między zlecającym a wykonawcą. Oferta może zostać zdjęta zanim firma uporządkuje dokumenty.

Co powinien zrobić sprzedawca z Polski, zanim wystawi produkt na sprzedaż w Niemczech

Sprzedawca z Polski powinien potraktować wygląd produktu jak pełnoprawny element zgodności prawnej, a nie wyłącznie kategorię marketingową. Przed uruchomieniem sprzedaży do Niemiec trzeba ustalić trzy kwestie: czy projekt jest objęty prawem z rejestracji wzoru, czy może być chroniony także prawem autorskim oraz czy dokumentacja wyraźnie pozwala na używanie go w imporcie, sprzedaży, reklamie i na marketplace.

W praktyce oznacza to konieczność uporządkowania umów z projektantem, agencją i dostawcą, sprawdzenia terytorium licencji, zabezpieczenia dowodów pierwszego ujawnienia oraz archiwizacji materiałów, które pokazują zakres nabytych praw. Równie ważne jest to, by zespół odpowiedzialny za listingi nie zakładał, że kosmetyczna modyfikacja oferty automatycznie usuwa ryzyko naruszenia.

Dla firm sprzedających cross-border najbardziej kosztowne są nie spektakularne podróbki, lecz wieloletnie, rutynowe naruszenia. To one kumulują wartość roszczeń, komplikują relacje z platformami i najszybciej uderzają w płynność operacyjną. Przypadek opisany przez Händlerbund należy czytać właśnie w ten sposób: nie jako publicznie potwierdzony precedens sądowy o jednej uniwersalnej formule, lecz jako mocne ostrzeżenie z praktyki, że spór o wygląd produktu może iść równolegle ścieżką prawa wzorów i prawa autorskiego, a wtedy koszt błędu rośnie szybciej, niż większość sprzedawców zakłada.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

11 + 5 =

Szukasz wiedzy o e-commerce?
Zapytaj o darmową analizę lub przeszukaj naszą bazę. 👇
Asystent ecommercenews.pl Jaki temat Cię interesuje?
×
Cześć! 👋 Jestem asystentem ecommercenews.pl.

Pomogę Ci znaleźć artykuły lub skontaktować się z ekspertami Setup.pl. O co chcesz zapytać?