Chiński sprzedawca przed niemieckim sądem. Problemem nie jest prawo, tylko jego egzekwowanie
14.08.2026
Czytelnik ecommercenews.pl zwrócił uwagę na istotną rzecz: w sporach dotyczących handlu internetowego w Niemczech regularnie widzimy przedsiębiorców niemieckich i innych unijnych, natomiast znacznie rzadziej sprzedawców działających bezpośrednio z Chin. Czy zatem niemieckie sądy rzeczywiście potrafią dosięgnąć chińskiego sklepu?
Tak — i można wskazać konkretne orzeczenia.
Problem leży gdzie indziej. Wydać wyrok przeciwko przedsiębiorcy z Chin to jedno. Doręczyć mu dokumenty, doprowadzić postępowanie do końca, a potem skutecznie wyegzekwować orzeczenie to zupełnie inna historia.
Ta różnica ma znaczenie nie tylko prawne. Ma również wymiar czysto ekonomiczny, bo przedsiębiorca, wobec którego przepisy egzekwuje się łatwo, ponosi inny poziom ryzyka niż konkurent, którego ściganie wymaga kilku lat, tłumaczeń i postępowania na drugim końcu świata.
Niemiecki sąd może zakazać sprzedaży chińskiej firmie
Dobrym przykładem jest wyrok Sądu Krajowego w Düsseldorfie z 22 grudnia 2025 r., sygn. 14c O 64/25.
Pozwaną była firma z Chin sprzedająca przez internet gitary elektryczne również klientom w Niemczech. W kwietniu 2025 r. przeprowadzono zakup kontrolny, a produkt został następnie dostarczony na niemiecki adres. Chińska firma nie podjęła obrony, mimo prawidłowego doręczenia pozwu.
Sąd zakazał jej sprzedaży wskazanych gitar na terytorium Niemiec i obciążył kosztami postępowania. Na wypadek złamania zakazu przewidziano możliwość nałożenia grzywny porządkowej, w pojedynczym przypadku do 250 tys. euro.
Warto od razu wyjaśnić rzecz, która w wielu publikacjach jest przedstawiana nieprecyzyjnie: chińska firma nie dostała w tym wyroku kary 250 tys. euro. Jest to maksymalna wysokość grzywny, którą sąd może wymierzyć w przyszłości za naruszenie wydanego zakazu.
Sam wyrok jest jednak bardzo ciekawy z innego powodu. Sąd wprost stwierdził, że niemieckie sądy są właściwe do rozpoznania sprawy przeciwko przedsiębiorstwu mającemu siedzibę w Chinach. Znaczenie miało to, że firma działała na rynku niemieckim, kierowała sprzedaż do niemieckich klientów, a zakup kontrolny zakończył się dostawą w Niemczech.
Chiński adres nie stworzył więc żadnej „strefy bez prawa”.
To ważne również dlatego, że spór dotyczył prawa autorskiego, a nie typowych obowiązków sklepu internetowego. Nie należy z niego wyciągać wniosku, że każdy brak w informacji o produkcie automatycznie kończy się procesem w Düsseldorfie. Orzeczenie pokazuje jednak coś podstawowego: przedsiębiorca spoza Unii może odpowiadać przed niemieckim sądem za działalność skierowaną na niemiecki rynek.
Tyle że pomiędzy pozwem a wyrokiem potrafią minąć lata
Znacznie ciekawsza od samej możliwości pozwania jest praktyka. Dobrze pokazuje ją inna sprawa prowadzona w Düsseldorfie, sygn. 4a O 83/20, która pozwala zrozumieć, dlaczego sporów przeciwko przedsiębiorstwom z Chin widzimy mniej.
Pozew wraz z poświadczonym tłumaczeniem na język chiński złożono we wrześniu 2020 r. W październiku sąd rozpoczął procedurę doręczenia dokumentów w Chinach. Zapytania o stan sprawy kierowane w 2021 r. nie przynosiły rezultatu. Podobnie było z kolejnymi próbami w 2022 r., podejmowanymi między innymi za pośrednictwem Federalnego Urzędu Sprawiedliwości i niemieckiej ambasady w Chinach.
Dopiero w październiku 2022 r. niemiecki sąd otrzymał informację od strony chińskiej, że próba doręczenia się nie powiodła, ponieważ pod wskazanym adresem nie odnaleziono firmy.
Problem w tym, że wykorzystana nazwa i adres odpowiadały informacjom podawanym przez samą spółkę. Co więcej, według ustaleń opisanych w wyroku wynajęty przez powoda kierowca taksówki bez większego problemu odnalazł teren przedsiębiorstwa pod tym właśnie adresem.
Ostatecznie niemiecki sąd dopuścił doręczenie publiczne. W lutym 2023 r. wydał wyrok zaoczny obejmujący między innymi zakaz, obowiązek udzielenia informacji, rozliczenia, wycofania produktów oraz odpowiedzialność odszkodowawczą.
To nie była sprawa o brak informacji w sklepie internetowym, lecz spór patentowy. Z punktu widzenia przedsiębiorcy najważniejsza jest jednak procedura: sam etap uzyskania skutecznego procesowo doręczenia pozwu zajął ponad dwa lata.
I właśnie tutaj znajduje się rzeczywista przewaga podmiotu działającego wyłącznie z Chin — nie w braku przepisów, ale w kosztach i czasie potrzebnym do ich wyegzekwowania.
Dlatego coraz bardziej opłaca się ścigać tych, którzy są bliżej
Jeszcze ciekawszy jest wyrok Wyższego Sądu Krajowego w Düsseldorfie z 7 sierpnia 2025 r., sygn. 20 U 9/25.
Tym razem pozwanym wcale nie był chiński sklep. Była nim firma logistyczna obsługująca przesyłki z Chin i udostępniająca swój niemiecki adres między innymi jako adres zwrotny. Jej głównym klientem była spółka mająca siedzibę w Chinach. Spór dotyczył koszulek naruszających prawa do znaków towarowych znanego producenta artykułów sportowych.
Sąd utrzymał wobec operatora logistycznego zakaz oparty na jego odpowiedzialności jako pośrednika przyczyniającego się do naruszenia. Jednocześnie zaznaczył, że nie można wymagać od firmy logistycznej bezwarunkowego kontrolowania każdej paczki. Po otrzymaniu informacji o konkretnych naruszeniach musi ona jednak podejmować rozsądne działania zapobiegające ich powtarzaniu.
Ten wyrok mówi o współczesnym handlu z Chinami chyba więcej niż najbardziej efektowne historie o milionowych karach.
Jeżeli dochodzenie roszczeń od tysiąca drobnych przedsiębiorców w Chinach jest trudne, znacznie bardziej racjonalne staje się zainteresowanie podmiotem, który znajduje się w Europie i jest potrzebny do działania całego modelu:
- Platforma handlowa
- Firma logistyczna
- Magazyn
- Importer
- Inny pośrednik, bez którego produkt nie dotarłby tak łatwo do europejskiego klienta
Nie jest to dowód bezkarności chińskich sprzedawców. Przeciwnie. To dostosowanie sposobu egzekwowania prawa do rzeczywistości handlu internetowego.
A teraz spójrzmy na Polskę
Z niemieckiego punktu widzenia podobny problem może występować znacznie bliżej. Wyobraźmy sobie niemieckiego przedsiębiorcę, który ponosi koszty związane z obowiązkami informacyjnymi, oznakowaniem, rejestracjami, gospodarką opakowaniami czy bezpieczeństwem produktów.
Obok niego na tej samej platformie pojawia się polski konkurent. Sprzedaje ten sam rodzaj produktu temu samemu niemieckiemu klientowi, tyle że części obowiązków, na przykład informacyjnych lub rejestracyjnych, nie wykonał.
Czasem dlatego, że o nich nie wiedział. Czasem dlatego, że nie śledzi zmian prawnych, o których regularnie piszemy na ecommercenews.pl. A czasem dlatego, że świadomie uznał, że skoro firma jest zarejestrowana w Polsce, niemieckie wymagania można potraktować jako problem kogoś innego.
Dla niemieckiego konkurenta przyczyna nie ma większego znaczenia. On ponosi koszt, konkurent z Polski go nie ponosi.
Jeżeli dzięki temu może zaoferować produkt taniej, z perspektywy firmy przestrzegającej przepisów przestaje to być abstrakcyjny spór o paragrafy. Staje się zwykłym problemem konkurencyjnym. Niemieckie prawo nie daje jednak konkurentowi automatycznie roszczenia z powodu każdego naruszenia. Znaczenie ma między innymi charakter konkretnego obowiązku, jego wpływ na rynek oraz to, czy konkurent spełnia ustawowe warunki dochodzenia roszczeń.
Jeżeli te warunki są spełnione, pojawia się pytanie: dlaczego niemiecki przedsiębiorca miałby nic z tym nie zrobić?
Polski adres nie działa jak chiński adres
Polskiego przedsiębiorcę może być trudniej ścigać niż firmę mającą biuro dwie ulice dalej w Hamburgu. Tego nie ma sensu udawać.
Ale Polska i Niemcy funkcjonują we wspólnym europejskim systemie prawnym. Rozporządzenie UE 2020/1784 reguluje transgraniczne doręczanie dokumentów sądowych i pozasądowych w sprawach cywilnych i handlowych pomiędzy państwami członkowskimi.
Jeszcze ważniejsze jest rozporządzenie 1215/2012 dotyczące jurysdykcji oraz uznawania i wykonywania orzeczeń w sprawach cywilnych i handlowych. Co do zasady wyrok wydany i wykonalny w jednym państwie członkowskim może być wykonywany w innym bez odrębnej procedury stwierdzenia wykonalności, czyli exequatur.
Oczywiście nie oznacza to, że każdą polską firmę można pozwać przed dowolnym niemieckim sądem za cokolwiek. Właściwość sądu trzeba oceniać w konkretnej sprawie.
Jedno jest jednak pewne: polski wpis w KRS nie jest odpowiednikiem muru oddzielającego europejskiego przedsiębiorcę od niemieckiego prawa.
Jeżeli firma rzeczywiście prowadzi działalność na niemieckim rynku, problemu nie warto rozpatrywać w kategoriach: „Czy Niemcy mogą mnie znaleźć?”, lecz raczej: „Które niemieckie przepisy mają zastosowanie do tej sprzedaży?”.
Upomnienie przedprocesowe nie zatrzymuje się na Odrze
Do tego dochodzi instrument szczególnie charakterystyczny dla niemieckiego rynku: upomnienie przedprocesowe, czyli Abmahnung.
Niemiecka ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji wprost przewiduje, że uprawniony podmiot powinien przed skierowaniem sprawy do sądu wezwać naruszającego do zaprzestania określonego działania i dać mu możliwość zakończenia sporu poprzez odpowiednie zobowiązanie.
Upomnienie nie jest mandatem ani karą wymierzaną przez konkurenta. Jest elementem prywatnego egzekwowania prawa i w praktyce jego znaczenie jest ogromne właśnie dlatego, że przedsiębiorcy sami pilnują rynku.
Jeżeli niemiecki sklep inwestuje pieniądze w przestrzeganie regulacji, naturalnie przygląda się konkurentom, którzy sprzedają taniej dzięki temu, że tych kosztów nie ponoszą. Dotyczy to przedsiębiorców z Niemiec, Polski i każdego innego kraju.
Polskich sprzedawców może przy tym kusić myśl, że zagraniczna siedziba czyni takie działania mało prawdopodobnymi. Częściowo rzeczywiście podnosi ona próg wejścia: niemieckiemu konkurentowi łatwiej zająć się firmą niemiecką niż polską.
Ale różnica pomiędzy Polską a Chinami jest zasadnicza. Niemiecki przedsiębiorca dochodzący roszczeń od polskiej firmy nadal porusza się w ramach wspólnego systemu unijnego dotyczącego doręczeń oraz wykonywania orzeczeń.
Upomnienia nie mogą być jednak biznesem samym w sobie
Niemiecki system miał przez lata również swoją patologię: masowe wysyłanie pism w sprawach drobnych naruszeń i zarabianie na kosztach ich obsługi. Dlatego obecne przepisy zawierają zabezpieczenia przed nadużyciami.
Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji wskazuje, że dochodzenie roszczeń może zostać uznane za niedopuszczalne, jeżeli służy przede wszystkim generowaniu kosztów lub kar umownych. Jako sygnały nadużycia wymienia między innymi nieproporcjonalnie dużą liczbę upomnień, zawyżanie wartości sporu czy żądanie oczywiście nadmiernych kar.
Co więcej, przy określonych naruszeniach ustawowych obowiązków informacyjnych i oznaczeniowych w handlu elektronicznym konkurentowi nie przysługuje zwrot kosztów takiego upomnienia.
Nie każde upomnienie daje więc konkurentowi prawo do obciążenia adresata kosztami jego wystosowania, a niemieckie prawo nie daje konkurentom nieograniczonego prawa do zarabiania na cudzych błędach.
Nie zmienia to jednak sedna problemu: przedsiębiorca, który nie ponosi kosztów obowiązków prawnych, może uzyskiwać przewagę cenową nad firmą, która tych obowiązków przestrzega. Właśnie dlatego konkurenci mają ekonomiczną motywację, aby reagować tam, gdzie przepisy rzeczywiście dają im podstawę do działania.
Równe przepisy nie oznaczają jeszcze równej konkurencji
Odpowiedź na pytanie czytelnika jest więc mniej efektowna niż hasło o „bezkarności chińskich sklepów”, ale znacznie ciekawsza.
Chiński przedsiębiorca może zostać pozwany w Niemczech. Może otrzymać sądowy zakaz sprzedaży. Może zostać obciążony kosztami, obowiązkiem udzielenia informacji i rozliczenia sprzedaży czy odpowiedzialnością odszkodowawczą. Niemieckie orzecznictwo daje na to konkretne przykłady.
Jednocześnie ta sama praktyka pokazuje, jak ogromna może być różnica pomiędzy istnieniem prawa a możliwością jego szybkiego wyegzekwowania.
Wobec firmy z Niemiec droga jest najkrótsza. Wobec przedsiębiorcy z Polski pojawia się element transgraniczny, ale nadal działamy wewnątrz Unii Europejskiej. Wobec przedsiębiorstwa działającego wyłącznie z Chin ten sam spór może wymagać lat tylko po to, aby skutecznie przebrnąć przez kwestie proceduralne.
I właśnie w tej różnicy powstaje część przewagi konkurencyjnej, o której europejscy sprzedawcy mówią od lat. Nie dlatego, że chińskiego przedsiębiorcy prawo nie obowiązuje, ale dlatego, że prawo, którego egzekwowanie wymaga kosztownego i długotrwałego postępowania, działa na rynku inaczej niż prawo egzekwowalne szybko i lokalnie.
Polski sprzedawca, który świadomie ignoruje niemieckie obowiązki, powinien przy tym uważać z porównywaniem swojej sytuacji do przedsiębiorcy z Chin. Od niemieckiego konkurenta dzieli go granica państwa. Nie dzieli go jednak chiński mur proceduralny.


