Cztery na pięć adresów w UE nie istnieje. Niemiecki nadzór rynku bierze się za maszyny spoza Unii sprzedawane online
- Nadzór rynku w Tybindze: za głośne minikoparki i przecinarki laserowe bez szyby ochronnej
- Miliardy tanich paczek i oferty bez odpowiedzialnego w Unii
- Fikcyjny adres łamie obowiązek z unijnego rozporządzenia o nadzorze rynku
- Polski importer na Amazon i we własnym sklepie: gdzie zaczyna się ryzyko
- Co powinien zrobić sprzedawca z Polski przed kolejną falą kontroli
27 października 2026
Cztery na pięć podmiotów z Unii Europejskiej, które sprzedawcy maszyn spoza UE wpisują w ofertach internetowych jako kontakt w Unii, w ogóle nie istnieje. Takie ustalenie przedstawił nadzór rynku w Badenii-Wirtembergii, a 22 października przed nielegalnym importem maszyn kupowanych przez internet ostrzegła Isabel Kling, prezydent rejencji w Tybindze. Rejencja to regionalny urząd administracji rządowej, który w tym kraju związkowym odpowiada za kontrolę bezpieczeństwa produktów. Polskie firmy, które sprowadzają elektronarzędzia, minikoparki albo urządzenia warsztatowe i sprzedają je niemieckim klientom, powinny ten komunikat potraktować poważnie, bo urzędy coraz dokładniej sprawdzają nie tylko samą maszynę, ale też to, kto w Unii za nią odpowiada.
Nadzór rynku w Tybindze: za głośne minikoparki i przecinarki laserowe bez szyby ochronnej
Wydział nadzoru rynku rejencji w Tybindze kontroluje produkty w całej Badenii-Wirtembergii. Ma osiem lokalizacji w kraju związkowym i co roku sprawdza około 12 tys. produktów, od zabawek po urządzenia przemysłowe. Pracuje w nim około 120 osób. Według danych, które przytoczyły niemieckie media gospodarcze, kontrolerzy kwestionują około 40 proc. sprawdzanych produktów, a w ofertach maszyn spoza UE 80 proc. podanych kontaktów w Unii okazało się fikcyjnych. Urząd nie podał, ile ofert przeanalizował, ani na jakich przepisach oparł swoje ustalenia.
Przykłady z kontroli dotyczą sprzętu, który kupują małe firmy budowlane, warsztaty i rzemieślnicy. Minikoparki przekraczały dopuszczalny poziom hałasu, a laserowe przecinarki nie miały szyby, która chroni operatora przed promieniowaniem lasera. Gdy kontakt podany w ofercie prowadzi donikąd, urząd nie ma kogo wezwać do poprawienia wady, wycofania towaru ani przedstawienia dokumentów. Z produktu nie da się też ustalić, kto i kiedy wprowadził go na rynek.
Tematem zajęła się także polityka. Isabel Kling rozmawiała o problemie z europosłanką Andreą Wechsler oraz Thomasem Krausem z VDMA, czyli niemieckiego związku producentów maszyn i urządzeń. Rejencja zapowiada ostrzejsze kontrole i ściślejszą współpracę z urzędem celnym, żeby niebezpieczne maszyny zatrzymywać już na granicy, a nie dopiero u klienta.
Miliardy tanich paczek i oferty bez odpowiedzialnego w Unii
Presja na urzędy rośnie razem z importem bezpośrednio od sprzedawców spoza Unii. W 2025 r. do UE trafiło 5,8 mld przesyłek o wartości do 150 euro, o 26 proc. więcej niż rok wcześniej, gdy było ich około 4,6 mld. Według szacunków nawet dwie trzecie tych paczek jest błędnie oznakowanych lub zadeklarowanych. Handelsverband Deutschland, niemiecka izba handlu, szacuje, że same Temu i Shein wysyłają do Niemiec około 400 tys. paczek dziennie. Platformy internetowe usunęły w 2025 r. ponad milion ofert z niedozwolonymi towarami.
Maszyny są w tym strumieniu szczególnie ryzykowne. Wadliwa ładowarka może się przegrzać, ale wadliwa przecinarka laserowa albo koparka może trwale okaleczyć człowieka. Koszty legalnego wprowadzenia maszyny na rynek, czyli ocena zgodności, badania hałasu, dokumentacja techniczna i instrukcja w języku kraju sprzedaży, importer ponosi osobno dla każdego modelu. Oferta bez tych kosztów może być wyraźnie tańsza, a różnicę ponoszą firmy, które przepisy stosują. Właśnie na to skarżą się producenci zrzeszeni w VDMA oraz importerzy, którzy sprowadzają towar zgodnie z prawem.
Fikcyjny adres łamie obowiązek z unijnego rozporządzenia o nadzorze rynku
Obowiązek wskazania podmiotu w Unii wynika z art. 4 rozporządzenia (UE) 2019/1020 w sprawie nadzoru rynku i zgodności produktów. Maszynę objętą dyrektywą maszynową 2006/42/WE, a także sprzęt budowlany i ogrodowy podlegający dyrektywie hałasowej 2000/14/WE, wolno wprowadzić do obrotu tylko wtedy, gdy odpowiada za nią podmiot gospodarczy z siedzibą w UE. Może to być producent z Unii, importer, upoważniony przedstawiciel działający na podstawie pisemnego pełnomocnictwa producenta albo, gdy żadnego z nich nie ma, dostawca usług fulfillment, czyli firma, która przechowuje, pakuje i wysyła towar w imieniu sprzedawcy. Ten podmiot sprawdza, czy sporządzono deklarację zgodności UE, czyli dokument, w którym producent oświadcza, że maszyna spełnia unijne wymagania bezpieczeństwa, oraz dokumentację techniczną, udostępnia je urzędowi na żądanie, informuje o ryzyku i współpracuje przy wycofaniu wadliwego produktu. Jego nazwa i adres pocztowy muszą się znaleźć na produkcie, opakowaniu, paczce albo w dołączonym dokumencie.
Drugi przepis dotyczy samej oferty internetowej. Od 13 grudnia 2024 r. obowiązuje rozporządzenie (UE) 2023/988 o ogólnym bezpieczeństwie produktów, w skrócie GPSR. Jego art. 19 wymaga, by w ofercie sprzedaży na odległość widniały dane producenta, a jeśli producent nie ma siedziby w UE, także dane osoby odpowiedzialnej w Unii. Oferta z wymyślonym adresem w Holandii czy Niemczech formalnie spełnia wymóg, ale urząd, który pod tym adresem nikogo nie znajdzie, traktuje produkt tak, jakby odpowiedzialnego podmiotu nie było.
Od 20 stycznia 2027 r. maszyny podlegają nowemu rozporządzeniu
Za niespełna trzy miesiące dyrektywę maszynową zastąpi rozporządzenie (UE) 2023/1230. Będzie stosowane bezpośrednio we wszystkich państwach członkowskich, bez krajowych ustaw wdrażających. Wprost opisuje obowiązki importerów i dystrybutorów i dopuszcza instrukcję w wersji cyfrowej, przy czym klient może bezpłatnie zażądać wersji papierowej. Maszyny wprowadzane na rynek od 20 stycznia 2027 r. muszą mieć deklarację zgodności wystawioną według nowych przepisów, więc importer, który dziś zamawia dostawę na przyszły rok, powinien już teraz uzgodnić z producentem aktualizację dokumentacji.
Polski importer na Amazon i we własnym sklepie: gdzie zaczyna się ryzyko
Weźmy firmę z Wielkopolski, która sprowadza od chińskiego producenta przecinarki laserowe do grawerowania i sprzedaje je przez własny sklep z niemiecką wersją językową oraz na Amazon w Niemczech. Producent nie ma siedziby w Unii, więc to polska firma jest importerem i jej nazwa oraz adres muszą być na urządzeniu. Jeśli kontrola wykaże brak osłony chroniącej przed promieniowaniem, urząd może zakazać sprzedaży, nakazać wycofanie towaru z rynku, a nawet odzyskanie go od klientów, oraz zażądać usunięcia ofert. Przy urządzeniach ważących kilkadziesiąt kilogramów każdy zwrot z Niemiec wymaga transportu paletowego, do tego dochodzą zwroty pieniędzy, magazynowanie zablokowanego towaru i utrata pozycji oferty na marketplace, którą po przerwie trudno odbudować.
Inny scenariusz dotyczy sprzedawcy, który kupuje minikoparki od pośrednika, a ten w dokumentach wskazuje „przedstawiciela” w innym kraju UE. Towar leży w magazynie fulfillment w Niemczech i stamtąd trafia do klientów. Jeśli przedstawiciel okaże się fikcyjny, urząd szuka kolejnego podmiotu w łańcuchu. Trafia wtedy na sprzedawcę, który sprowadził maszyny do Unii, albo na operatora magazynu, a ten może wstrzymać wysyłki do czasu wyjaśnienia sprawy. Przy minikoparkach dochodzi jeszcze oznakowanie gwarantowanego poziomu mocy akustycznej, którego wymaga dyrektywa hałasowa. Brak rzetelnego pomiaru wychodzi na jaw przy pierwszym badaniu w laboratorium urzędu.
Rosnąca współpraca nadzoru z urzędem celnym oznacza też ryzyko na granicy. Dostawa zatrzymana przy imporcie do czasu przedstawienia dokumentów wydłuża cykl rotacji towaru o tygodnie i blokuje kapitał. Przy niskiej marży, z jaką często sprzedaje się sprzęt z importu, kilka takich przestojów w roku może zjeść zysk z całej linii produktów.
Co powinien zrobić sprzedawca z Polski przed kolejną falą kontroli
Pierwszy krok to sprawdzenie, kto w Unii odpowiada za każdą sprzedawaną maszynę. Jeśli dostawca wskazuje przedstawiciela, warto zażądać kopii pisemnego pełnomocnictwa, sprawdzić firmę w rejestrze handlowym jej kraju i upewnić się, że pod podanym adresem rzeczywiście działa biuro, które odbiera korespondencję. Jeżeli producent nie ma w Unii nikogo, rolę importera przejmuje polska firma i to ją urząd będzie rozliczał.
Drugi krok to komplet dokumentów: deklaracja zgodności UE, dokumentacja techniczna dostępna na żądanie, raporty z badań, a dla sprzętu budowlanego i ogrodowego pomiar hałasu. Instrukcja i informacje o bezpieczeństwie muszą być po niemiecku, jeśli maszyna jest sprzedawana w Niemczech. Dokumentację trzeba przechowywać przez 10 lat od wprowadzenia maszyny do obrotu.
Trzeci krok dotyczy ofert. Amazon, eBay i inne platformy mają w formularzach pola na dane producenta i osoby odpowiedzialnej w UE wymagane przez GPSR. Dane w ofercie muszą się zgadzać z tymi na tabliczce znamionowej i w deklaracji zgodności, bo rozbieżności są dla kontrolera pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak. Przed styczniem 2027 r. warto też przejrzeć asortyment pod kątem nowego rozporządzenia maszynowego i ustalić z dostawcami harmonogram aktualizacji dokumentów.
Sprzedawcy, którzy mają porządek w dokumentach, mogą na zaostrzeniu kontroli zyskać. Każda usunięta oferta bez odpowiedzialnego w Unii to mniej konkurencji cenowej, a niemieccy klienci firmowi coraz częściej przed zakupem maszyny pytają o deklarację zgodności i serwis w UE. Trzeba się też liczyć z tym, że konkurenci zgłaszają urzędom podejrzane oferty, więc braki w dokumentacji mogą wyjść na jaw nie przy rutynowej kontroli, lecz po zgłoszeniu złożonym przez rywala.


