e-Izba chce 7 euro handling fee za import e-commerce spoza UE. Bruksela ustali stawkę przed 1 listopada
15 września 2026 r.
Izba Gospodarki Elektronicznej apeluje o ustalenie unijnej opłaty manipulacyjnej, określanej jako handling fee, na poziomie 7 euro dla importu e-commerce z państw trzecich kierowanego bezpośrednio do konsumentów w Unii Europejskiej. Organizacja skierowała stanowisko do polskich posłów, przedstawicieli administracji oraz Komisji Europejskiej. Argumentuje, że opłata powinna pokrywać część kosztów kontroli i obsługi masowego strumienia małych przesyłek, który w ostatnich latach całkowicie zmienił skalę pracy europejskich służb celnych i organów nadzoru rynku.
Moment apelu nie jest przypadkowy. Rada Unii Europejskiej 3 września 2026 r. przyjęła swoje stanowisko w sprawie największej od dekad reformy unijnych przepisów celnych, a 15 września zostało ono opublikowane w Dzienniku Urzędowym UE. Nowy unijny kodeks celny przewiduje wprowadzenie ogólnoeuropejskiej opłaty manipulacyjnej, ale jej wysokość pozostaje jeszcze do ustalenia przez Komisję Europejską. Państwa członkowskie mają zacząć ją pobierać najpóźniej 1 listopada 2026 r. Parlament Europejski ma jeszcze formalnie zatwierdzić końcowy tekst reformy.
„Apelujemy o ustanowienie na poziomie UE handling fee w wysokości 7 euro, które wesprze skuteczniejsze egzekwowanie europejskich regulacji, uczciwą konkurencję i równe warunki działania dla firm na Jednolitym Rynku” – wskazuje Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.
5,9 mld produktów rocznie zmieniło problem celny w problem całego europejskiego handlu
Skala importu niskowartościowego wyjaśnia, dlaczego Bruksela zdecydowała się na osobny mechanizm finansowania jego obsługi. Według danych Komisji Europejskiej dotyczących zakupów internetowych importowanych do UE w 2025 r. do Unii trafiło blisko 5,9 mld produktów w przesyłkach o niskiej wartości. Jeszcze w 2024 r. było ich około 4,6 mld, więc w ciągu roku wolumen wzrósł o około 26 proc. Towary w tej kategorii odpowiadały za 97,9 proc. wszystkich importowanych pozycji, ale jedynie za 2,1 proc. wartości importu. Średnia wartość jednego produktu nie przekraczała 9 euro.
Dysproporcja ma bezpośredni wpływ na koszt funkcjonowania systemu celnego. Paczka z produktem kosztującym kilka euro może wymagać przesłania i sprawdzenia danych celnych, analizy ryzyka, identyfikacji towaru oraz ewentualnej kontroli dokumentów lub samego produktu. Przy miliardach przesyłek nawet bardzo niski koszt jednostkowy obsługi przekłada się na znaczące wydatki administracji.
Komisja podaje również, że 93 proc. produktów w segmencie przesyłek o niskiej wartości pochodzi z Chin. W ujęciu wartościowym udział Chin wynosi 78 proc. Rynek nie jest więc rozproszony równomiernie pomiędzy wiele kierunków handlowych. Jego skalę napędza przede wszystkim model sprzedaży, w którym towary spoza UE są oferowane europejskim konsumentom przez platformy internetowe i trafiają na Jednolity Rynek w ogromnej liczbie małych przesyłek.
W tym miejscu pojawia się argument e-Izby dotyczący kosztów zgodności z prawem. Firma wprowadzająca produkt do obrotu z magazynu w Polsce musi wcześniej uwzględnić obowiązki dotyczące bezpieczeństwa produktu, jego identyfikowalności, odpowiedzialności za produkt, ochrony konsumenta, podatków, gospodarki odpadami czy innych regulacji właściwych dla danej kategorii. Koszty te są rozłożone na cały łańcuch dostaw – od importu i magazynowania po obsługę klienta oraz zwroty.
Przy bezpośredniej wysyłce pojedynczego produktu z państwa trzeciego większa część ciężaru kontroli pojawia się dopiero na granicy UE. Organy celne i nadzoru rynku muszą wyłowić towary wymagające szczególnej kontroli spośród miliardów zgłoszeń. E-Izba argumentuje, że koszt takiego modelu nie powinien być finansowany przede wszystkim z pieniędzy europejskich podatników i przedsiębiorstw działających już wewnątrz unijnego systemu regulacyjnego.
7 euro handling fee i cło 3 euro mają finansować dwie różne rzeczy
Od 1 lipca 2026 r. funkcjonuje już odrębne obciążenie dotyczące małych przesyłek. Unia zniosła wcześniejsze zwolnienie celne dla importu do 150 euro i wprowadziła przejściowe cło ryczałtowe w wysokości 3 euro. Rozwiązanie obowiązuje do 1 lipca 2028 r., kiedy dla e-commerce ma rozpocząć działanie unijna platforma danych celnych i możliwe stanie się stosowanie docelowych taryf celnych.
Stawka 3 euro nie jest po prostu doliczana raz do każdej paczki. W aktualnych zasadach wysokość należności zależy od kategorii taryfowych produktów znajdujących się w przesyłce. Pięć identycznych koszulek zaklasyfikowanych do jednej pozycji taryfowej może wygenerować 3 euro cła. Paczka zawierająca koszulkę i zegarek należące do dwóch różnych kategorii może już wygenerować 6 euro. Ten sposób kalkulacji ma duże znaczenie dla sprzedawców oferujących zestawy lub łączących wiele typów produktów w jednej dostawie.
Unijna opłata manipulacyjna ma inną funkcję. Jej zadaniem jest pokrycie kosztów usług wykonywanych przez administrację celną: sprawdzania danych, analizy ryzyka, utrzymania infrastruktury oraz kontroli. Stanowisko Rady opublikowane 15 września przewiduje stałą opłatę pobieraną za towary sprzedawane na odległość i dopuszczane do swobodnego obrotu w UE. Tekst przewiduje również niższą stawkę dla towarów sprzedawanych z przeznaczonego do sprzedaży na odległość składu celnego, ponieważ kontrola większych partii jest prostsza niż obsługa milionów indywidualnych dostaw.
Ten szczegół ma znaczenie dla interpretacji postulatu 7 euro. E-Izba opowiada się za stawką 7 euro dla importu e-commerce objętego nowym mechanizmem, natomiast ostateczną wysokość i techniczny sposób jej stosowania określi Komisja Europejska w akcie delegowanym. Sprzedawca nie powinien obecnie budować kalkulacji na założeniu, że będzie to zawsze jedna opłata 7 euro naliczana raz na całą paczkę. Obowiązujący projekt unijnego kodeksu celnego posługuje się mechanizmem stałej kwoty za towar, a szczegóły finansowe nie zostały jeszcze zamknięte.
Polski importer z Chin może na zmianie zyskać. Konstrukcja opłaty zdecyduje, kto rzeczywiście za nią zapłaci
Z perspektywy polskiego e-commerce najważniejsze jest rozróżnienie dwóch modeli, które w publicznej dyskusji o chińskim handlu internetowym bywają wrzucane do jednego worka. Polski przedsiębiorca może kupować towary od producenta w Chinach, sprowadzać je większymi partiami do Polski, przeprowadzać odprawę celną, magazynować je w UE i następnie sprzedawać konsumentom. Po drugiej stronie znajduje się model, w którym oferta chińskiego sprzedawcy dociera do europejskiego klienta za pośrednictwem marketplace, a łańcuch logistyczny i struktura podmiotów zostały zorganizowane tak, aby obsługiwać europejski rynek na ogromną skalę.
Coraz częściej nie jest to przy tym prosty schemat paczki wysyłanej z chińskiego magazynu bezpośrednio do polskiego klienta. Duzi chińscy sprzedawcy i platformy wykorzystują podmioty działające w Europie, lokalne centra logistyczne, magazyny oraz rozbudowane struktury importowe. Z punktu widzenia konkurencji samo pochodzenie właściciela sprzedawcy nie powinno więc przesądzać o sposobie naliczenia opłaty. Znacznie ważniejsze jest miejsce i sposób wprowadzenia towaru na Jednolity Rynek oraz to, kto faktycznie ponosi obowiązki importera i koszty zgodności produktu z prawem UE.
Dla polskiego importera sprowadzającego kontener lub paletę towaru z Chin i wprowadzającego produkty do obrotu w UE handling fee może być korzystne konkurencyjnie. Taki przedsiębiorca już na etapie importu ponosi koszt transportu, odprawy celnej, należności importowych, magazynowania, finansowania zapasu oraz dokumentacji wymaganej dla produktu. Dochodzą koszty obsługi zwrotów i reklamacji w Europie. Jeżeli konkurencyjna oferta korzysta z modelu pozwalającego wprowadzać podobny produkt do UE w milionach małych przesyłek, dodatkowa opłata może zmniejszyć część różnicy kosztowej między tymi kanałami.
Największy argument za stawką 7 euro dotyczy produktów o bardzo niskiej wartości. Przy produkcie kosztującym 5, 8 czy 10 euro opłata na poziomie kilku euro radykalnie zmienia ekonomię pojedynczego importu. Model oparty na ogromnej liczbie bardzo tanich produktów przestaje korzystać z sytuacji, w której koszt obsługi celnej i nadzoru rynku jest nieproporcjonalnie niski w stosunku do kosztów generowanych przez cały strumień przesyłek. Europejski importer, który sprowadza dużą partię i rozlicza ją w standardowym procesie celnym, zyskuje wtedy bardziej porównywalne warunki konkurencji.
Argument przeciwko źle skonstruowanej opłacie jest równie konkretny. Jeśli mechanizm zostanie powiązany z pochodzeniem towaru zamiast z rzeczywistym modelem jego importu i obsługi, może objąć przedsiębiorców, których reforma miała chronić przed nierówną konkurencją. Polska firma kupująca elektronikę, wyposażenie domu czy akcesoria od chińskiej fabryki nie działa automatycznie według tego samego modelu co platforma obsługująca miliony niskowartościowych zamówień. Towar wyprodukowany w Shenzhen i sprowadzony kontenerem do magazynu pod Poznaniem pozostaje produktem pochodzącym z Chin, ale jego wejście na rynek UE odbywa się według zupełnie innego modelu logistycznego i regulacyjnego.
Drugim ryzykiem jest możliwość dostosowania struktur logistycznych przez największych graczy szybciej niż przez małe i średnie firmy. Chiński sprzedawca posiadający europejski podmiot, duży wolumen oraz dostęp do magazynów w UE może przenieść większą część zapasu do Europy i rozłożyć dodatkowe koszty na miliony produktów. Polski importer działający na mniejszej skali ma znacznie słabszą pozycję negocjacyjną wobec producenta, spedytora i operatora magazynowego. Źle skalibrowana opłata mogłaby więc ograniczyć jeden rodzaj przewagi kosztowej, a równocześnie stworzyć kolejną przewagę wynikającą ze skali.
Trzecia kwestia dotyczy egzekwowania nowych zasad. Sama stawka nie wyrówna konkurencji, jeżeli organy nie będą dysponowały odpowiednimi danymi o sprzedawcy, produkcie i faktycznym importerze. Jeżeli zgodny z prawem przedsiębiorca będzie prawidłowo deklarował towar i ponosił wszystkie należności, podczas gdy mniej transparentny model pozwoli ominąć część nowych kosztów przez odpowiednią konstrukcję łańcucha logistycznego, regulacja ponownie obciąży przede wszystkim firmy, które już dziś przestrzegają przepisów.
Jako partner i członek Izby Gospodarki Elektronicznej ecommercenews.pl popiera kierunek działań zmierzających do wyrównania warunków konkurencji pomiędzy przedsiębiorcami działającymi na Jednolitym Rynku. Stawka 7 euro może być skutecznym narzędziem, jeżeli będzie rzeczywiście przypisywała koszt masowego importu podmiotom i modelom biznesowym, które ten koszt generują.
Ostateczna konstrukcja wymaga jednak uwzględnienia całego łańcucha importowego, a nie tylko kraju pochodzenia produktu czy formalnej siedziby sprzedawcy. Europejskie regulacje dotyczące e-commerce i opakowań pokazały już, jak szybko dobry cel regulacyjny może przełożyć się na skomplikowane obowiązki operacyjne. Przykładem jest PPWR, czyli unijne rozporządzenie w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych, którego wdrażanie wymaga od przedsiębiorców dostosowania procesów dotyczących opakowań, danych, odpowiedzialności producenta i sprzedaży transgranicznej. Przy handling fee potrzebne są jasne zasady dotyczące podstawy naliczania opłaty, odpowiedzialnego podmiotu, przesyłek konsolidowanych, towaru znajdującego się już w magazynie w UE oraz relacji z pozostałymi należnościami importowymi.
Dobrze skonstruowany mechanizm może zmniejszyć przewagę modelu opartego na miliardach niskowartościowych produktów wprowadzanych na rynek przy wysokich kosztach kontroli ponoszonych przez administrację. Źle skonstruowany dołoży kolejną warstwę kosztów importerom, którzy już dziś finansują odprawę, zgodność produktu, europejski magazyn i obsługę konsumenta. Przed ustaleniem ostatecznej stawki Komisja Europejska ma więc do rozstrzygnięcia nie tylko pytanie, czy opłata powinna wynosić 7 euro, ale przede wszystkim od jakiej operacji ma być pobierana i które modele importu powinny ją finansować.


