Każdy produkt z odpowiedzialnym podmiotem w UE. Niemiecki handel, marki i konsumenci chcą twardych zasad dla sprzedawców spoza Unii
- Niemiecki handel, marki i konsumenci wspólnie żądają odpowiedzialnego podmiotu w UE dla każdego produktu
- Zarejestrowany pełnomocnik i kontrola przed publikacją oferty – jak miałby działać nowy mechanizm
- Europejski akt o produktach: co wiadomo z projektów i dlaczego Komisja zwleka
- Co wyrównanie zasad oznacza dla polskich sprzedawców
- Co powinien zrobić sprzedawca z Polski już teraz
12 października 2026
Trzy niemieckie organizacje, które zwykle stoją po różnych stronach sporów o ceny, marże i prawa klientów, przedstawiły wspólne stanowisko w sprawie towarów kupowanych w internecie u sprzedawców spoza Unii Europejskiej. Handelsverband Deutschland (HDE), czyli największy związek niemieckiego handlu, Markenverband, zrzeszający producentów towarów markowych, oraz Verbraucherzentrale Bundesverband (vzbv), federalna organizacja reprezentująca konsumentów, chcą, by każdy produkt na jednolitym rynku miał w Europie podmiot, który za niego odpowiada i którego da się realnie pociągnąć do odpowiedzialności. Postulaty trafiły do niemieckiego rządu, który ma je przenieść do Brukseli w trakcie prac nad europejskim aktem o produktach.
Niemiecki handel, marki i konsumenci wspólnie żądają odpowiedzialnego podmiotu w UE dla każdego produktu
HDE ogłosił inicjatywę 8 października i podkreślił, że to pierwsze wspólne wystąpienie producentów markowych, handlu i organizacji konsumenckich w tej sprawie. Skalę problemu pokazują dwie liczby: w 2025 roku do Unii trafiło około 5,9 mld przesyłek o niskiej wartości zamówionych w sklepach internetowych, a w 2024 roku służby przechwyciły na granicach zewnętrznych i na rynku wewnętrznym podrobione towary warte rekordowe 3,8 mld euro. Patrick Kammerer, dyrektor zarządzający Markenverband, streścił stanowisko jednym zdaniem: żaden produkt na rynku europejskim nie powinien trafiać do sprzedaży bez odpowiedzialnego za niego podmiotu w Europie. Stefan Genth, dyrektor zarządzający HDE, domaga się konsekwencji, które da się wyegzekwować przy powtarzających się naruszeniach, a Ramona Pop z zarządu vzbv chce szerszych obowiązków kontrolnych dla platform i podmiotu w Europie, który odpowie za szkodę wyrządzoną klientowi.
Organizacje przedstawiają też szacunki dla samych Niemiec. Według wspólnego dokumentu z postulatami Temu i Shein osiągają od niemieckich konsumentów około 4,7 mld euro przychodu rocznie. Niemiecki handel traci przez to bezpośrednio około 2,5 mld euro, gospodarka 1,4 mld euro wartości dodanej, zagrożonych jest blisko 30 tys. miejsc pracy, a budżety federalny, krajowe i gminne tracą około 315 mln euro wpływów podatkowych. Serwis Wortfilter zwraca uwagę, że to wyliczenia oparte na założeniu, iż część tych zakupów trafiłaby do niemieckich sklepów, więc rzeczywista strata może być mniejsza.
Zarejestrowany pełnomocnik i kontrola przed publikacją oferty – jak miałby działać nowy mechanizm
Organizacje wychodzą z założenia, że dodatkowe kontrole celne nie rozwiążą problemu przy miliardach paczek rocznie. Kary i zakazy sprzedaży są dziś trudne do wyegzekwowania wobec firmy z Shenzhen czy Hongkongu, dlatego zasady mają działać, zanim produkt w ogóle pojawi się w ofercie skierowanej do europejskiego klienta.
Rejestr pełnomocników z oceną wypłacalności
Sprzedawca spoza Unii, który dostarcza towar bezpośrednio konsumentom, musiałby wyznaczyć w Europie upoważnionego przedstawiciela, czyli pełnomocnika odpowiadającego za zgodność wszystkich jego produktów na jednolitym rynku. Kandydat przechodziłby procedurę rejestracyjną, w której urząd sprawdza pięć kryteriów: rzetelność, kwalifikacje do wykonywania zadań, wypłacalność, faktyczną zdolność do działania oraz osobistą osiągalność. Wypłacalność ma obejmować także możliwe kary i roszczenia odszkodowawcze. Dopiero po pozytywnej weryfikacji pełnomocnik trafiałby do publicznego rejestru i mógłby posługiwać się tytułem zarejestrowanego pełnomocnika. Obecne przepisy, czyli art. 4 rozporządzenia (UE) 2019/1020 o nadzorze rynku oraz art. 16 ogólnego rozporządzenia o bezpieczeństwie produktów (GPSR), stosowanego od 13 grudnia 2024 roku, już wymagają podmiotu gospodarczego z siedzibą w Unii. Autorzy stanowiska chcą jednak, by taki podmiot odpowiadał za produkt w pełni, łącznie z zapłatą kar, a nie tylko przechowywał dokumentację i odpowiadał na pytania organów nadzoru.
Obowiązki marketplace’ów i odpowiedzialność zastępcza
Platforma sprzedażowa, zanim aktywuje ofertę sprzedawcy spoza Unii, musiałaby porównać dane produktu z wpisem w urzędowym rejestrze. Rejestry mają umożliwiać automatyczne zapytania, tak aby weryfikacja mogła działać przy milionach ofert bez ręcznej pracy moderatorów. Jeśli platforma sprawdzi rejestr, spełnia swój obowiązek należytej staranności, nawet gdy urząd błędnie uznał pełnomocnika za wypłacalnego. Gdy w Unii nie ma ani innego odpowiedzialnego podmiotu, ani zarejestrowanego pełnomocnika, platforma naruszyła obowiązek weryfikacji i mogłaby odpowiadać jak pełnomocnik. Organizacje wyraźnie zastrzegają, że odrzucają ogólną odpowiedzialność marketplace’ów za każdy sprzedawany towar. Uzupełnieniem ma być zatrzymywanie importu przez służby celne, gdy brakuje odpowiedzialnego podmiotu, oraz zasada, że sprzedawcy z siedzibą w Unii nie dostaną dodatkowych ani zdublowanych obowiązków.
Europejski akt o produktach: co wiadomo z projektów i dlaczego Komisja zwleka
Formalnego projektu europejskiego aktu o produktach (European Product Act, EPA), który ma zmodernizować unijne prawo bezpieczeństwa produktów, wciąż nie ma. Kancelaria Noerr opisała 24 września wersje robocze, które wyciekły z Komisji Europejskiej. Według nich akt połączyłby trzy obecne przepisy horyzontalne: decyzję nr 768/2008/WE, rozporządzenie (WE) nr 765/2008 i rozporządzenie 2019/1020. Produkt mógłby trafić na rynek tylko wtedy, gdy w Unii działa odpowiedzialny za niego podmiot, a upoważnieni przedstawiciele musieliby wykupić ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej. Produkty objęte unijnymi normami zharmonizowanymi miałyby cyfrowy paszport produktu, czyli zestaw danych dostępny przez kod QR lub znacznik RFID, zawierający identyfikatory, dokumentację techniczną, informacje o śladzie środowiskowym i bezpieczeństwie. Po pięcioletnim okresie przejściowym fizyczne oznakowanie CE zastąpiłaby jego wersja cyfrowa powiązana z paszportem.
Marketplace’y musiałyby sprawdzać paszport przed publikacją oferty, automatycznie usuwać oferty niezgodne z przepisami i blokować ich ponowne pojawienie się. Gdy w Unii brakuje odpowiedzialnego podmiotu, platforma przejmowałaby rolę upoważnionego przedstawiciela. Projekt przewiduje też ogólnounijną opłatę od każdego importowanego artykułu na finansowanie nadzoru rynku oraz kary sięgające 6 proc. światowego rocznego obrotu. Nakładałyby je organy krajowe, a przy naruszeniach systemowych także Komisja, czyli wtedy, gdy niebezpieczne produkty z państw trzecich zagrażają co najmniej dwóm trzecim państw członkowskich, a organy krajowe nie reagują. Różnica wobec niemieckich postulatów jest wyraźna: organizacje chcą urzędowej weryfikacji wypłacalności przed wpisem do rejestru, a projekt opiera się na obowiązkowym ubezpieczeniu.
Komisja miała przedstawić projekt 6 października. Jak podał serwis MLex, gabinet komisarza ds. przemysłu Stéphane’a Séjournégo przesunął prezentację na późniejszy termin w tym roku, aby razem z przepisami ogólnymi pokazać zmiany w przepisach sektorowych. Po publikacji projektu prace w Parlamencie Europejskim i Radzie UE zwykle trwają latami. Tymczasem obowiązuje już inne narzędzie wymierzone w tani import: od 1 lipca 2026 roku Unia pobiera cło w wysokości 3 euro od paczek o wartości do 150 euro. Opłata naliczana jest od każdej pozycji taryfowej w przesyłce, więc pięć koszulek kosztuje 3 euro, a trzy koszulki i zegarek już 6 euro.
Co wyrównanie zasad oznacza dla polskich sprzedawców
Firma z siedzibą w Polsce, która produkuje towar albo sprowadza go spoza Unii, już dziś jest podmiotem odpowiedzialnym w rozumieniu GPSR. Importer towaru z Chin odpowiada za zgodność produktu tak samo jak producent, a postulaty niemieckich organizacji tego nie zmieniają. Polski sprzedawca ponosi więc koszty badań, dokumentacji technicznej, oznakowania i obsługi reklamacji, których sprzedawca wysyłający paczki prosto z Azji często nie ponosi, bo nikt w Europie nie jest w stanie go z nich rozliczyć. Ta różnica w kosztach przekłada się na cenę w wynikach wyszukiwania na Amazon i Allegro, gdzie klient porównuje oferty obok siebie.
Producent lamp ogrodowych z Wielkopolski, który sprzedaje na Amazon.de i we własnym sklepie, konkuruje z identycznie wyglądającymi lampami wysyłanymi z Chin bez deklaracji zgodności i bez danych importera. Jeśli zasady wejdą w życie w kształcie proponowanym przez HDE, Markenverband i vzbv, takie oferty zostaną zablokowane już na etapie publikacji albo podrożeją o koszt pełnomocnika, ubezpieczenia i opłaty od importowanego artykułu. Polska firma zyska wtedy na marży i odzyska część utraconej sprzedaży, ale dostanie też więcej formalności: platforma, która ma weryfikować paszport produktu, sprawdzi w ten sam sposób również jej oferty.
Inaczej wygląda sytuacja importera akcesoriów kuchennych z magazynem pod Poznaniem, który kupuje towar od fabryk w Chinach i sprzedaje go na Allegro i Amazon.de. Jako importer już teraz odpowiada za produkt, ale cyfrowy paszport produktu wymusi na nim pozyskanie od dostawcy pełnej dokumentacji technicznej i danych o bezpieczeństwie w ustrukturyzowanej formie. Brak tych danych może oznaczać zablokowaną ofertę, a tym samym zamrożony kapitał w zapasie magazynowym. Ani stanowisko niemieckich organizacji, ani opisany przez Noerr projekt nie rozstrzygają, jakich dodatkowych danych platformy będą żądać od sprzedawców z Unii, ani jaka będzie wysokość opłaty od importowanego artykułu.
Co powinien zrobić sprzedawca z Polski już teraz
Część przygotowań nie wymaga czekania na Brukselę. Art. 19 GPSR już dziś wymaga, by każda oferta w sprzedaży na odległość zawierała nazwę producenta, jego adres pocztowy i elektroniczny, a jeśli producent ma siedzibę poza Unią, także dane osoby odpowiedzialnej w UE. Do tego dochodzą informacje identyfikujące produkt, takie jak zdjęcie, typ i numer partii lub modelu, oraz ostrzeżenia i informacje dotyczące bezpieczeństwa. Oferty z brakami w tych polach są dziś najłatwiejszym celem dla marketplace’ów i organów nadzoru, a w przyszłości staną się pierwszym miejscem, w którym automatyczna weryfikacja zablokuje sprzedaż.
Równie pilne jest uporządkowanie danych produktowych w systemie ERP, czyli oprogramowaniu do zarządzania zasobami firmy, i w systemach do zarządzania informacją o produkcie. Firma, która już teraz przechowuje deklaracje zgodności, raporty z badań, instrukcje i ostrzeżenia w jednym miejscu, przypisane do konkretnych numerów produktów, szybciej przygotuje cyfrowy paszport produktu i łatwiej przeniesie te same dane do Amazon, Allegro, Kaufland czy Zalando bez rozbieżności między kanałami sprzedaży.
Importerzy powinni przejrzeć umowy z dostawcami spoza Unii i dopisać w nich obowiązek przekazywania dokumentacji technicznej, raportów z badań oraz współpracy przy wycofywaniu produktu z rynku. Producent, który odmawia udostępnienia takich dokumentów, staje się ryzykiem dla ciągłości sprzedaży, a nie tylko problemem prawnym. Sprzedawcy powinni też śledzić termin publikacji projektu przez Komisję Europejską pod koniec roku, bo dopiero tekst oficjalnej propozycji pokaże, jakie obowiązki spadną na platformy i jak przełożą się one na wymagania wobec sprzedawców z Polski.


