Niemieckie upomnienia znów uderzają w e-commerce. Trzy błędy kosztują od 390 do niemal 8 tys. euro
- Brak etykiety energetycznej może kosztować sprzedawcę więcej niż 390 euro
- „Inbus” może wyglądać jak zwykła nazwa produktu, ale pozostaje chronionym oznaczeniem
- Zdjęcia produktowe mogą wygenerować rachunek bliski 8 tys. euro
- Co powinien zrobić sprzedawca z Polski przed i po uruchomieniu sprzedaży w Niemczech
10.07.2026
Niemiecki handel internetowy pozostaje rynkiem, na którym drobny błąd w karcie produktu może szybko zamienić się w koszt liczony w tysiącach euro. W swoim najnowszym zestawieniu aktualnych upomnień Händlerbund wskazał trzy przypadki dotyczące sprzedaży urządzeń bez wymaganych informacji o efektywności energetycznej, wykorzystania chronionego oznaczenia „INBUS” oraz publikacji zdjęć produktowych bez odpowiednich praw. Kwoty kierowane do sprzedawców wyniosły odpowiednio 390 euro, 2 123,08 euro i 7 948,35 euro.
Dla polskich firm sprzedających do Niemiec najważniejsza jest skala operacyjnego ryzyka. Każdy z opisanych błędów może powstać nie tylko podczas ręcznego tworzenia oferty, lecz także podczas automatycznego eksportu katalogu z systemu zarządzania informacją produktową, systemu ERP albo integratora marketplace. Jeden nieprawidłowy opis lub jedno zdjęcie mogą zostać opublikowane jednocześnie na eBay, Kaufland, Amazon oraz we własnym sklepie.
Niemieckie upomnienie, czyli „Abmahnung”, jest formalnym wezwaniem do zaprzestania określonego naruszenia bez konieczności rozpoczynania sporu sądowego. W zależności od podstawy prawnej może wiązać się z żądaniem pokrycia kosztów, złożenia zobowiązania do zaniechania naruszeń albo zapłaty odszkodowania. Niemiecka ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, Gesetz gegen den unlauteren Wettbewerb, przewiduje w określonych przypadkach możliwość żądania zwrotu niezbędnych kosztów prawidłowo wystosowanego upomnienia.
Ryzyko nie kończy się więc na usunięciu wadliwej aukcji. Firma może potrzebować prawnika w Niemczech, przeprowadzenia audytu wszystkich powiązanych ofert, poprawienia danych w systemach źródłowych oraz zatrzymania automatycznej publikacji do czasu wyeliminowania błędu. Przy sprzedaży prowadzonej na kilku marketplace jednocześnie koszt organizacyjny potrafi przewyższyć samą kwotę wskazaną w pierwszym wezwaniu.
Brak etykiety energetycznej może kosztować sprzedawcę więcej niż 390 euro
Pierwszy z opisanych przypadków dotyczył sprzedawcy oferującego urządzenia na eBay. Upomnienie wystosowała organizacja Wirtschaft im Wettbewerb, a wskazana kwota wyniosła 390 euro. Źródłem sporu był brak wymaganych informacji związanych z etykietowaniem energetycznym.
Podstawą unijnych obowiązków jest rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2017/1369 ustanawiające ramy etykietowania energetycznego. Rozporządzenie obejmuje produkty związane z energią i nakłada obowiązki między innymi na dostawców oraz sprzedawców. Sprzedaż na odległość została w nim zdefiniowana również jako oferowanie produktów przez internet, gdy klient nie może obejrzeć produktu w miejscu sprzedaży przed zakupem.
W handlu internetowym samo posiadanie poprawnej etykiety w dokumentacji producenta nie wystarcza. Oficjalny portal Unii Europejskiej dla przedsiębiorców wskazuje, że przy sprzedaży internetowej informacje dotyczące etykiety energetycznej powinny być wyraźnie widoczne w pobliżu ceny. W zależności od sposobu prezentacji może to być pełna etykieta albo oznaczenie klasy efektywności prowadzące do etykiety i karty informacyjnej produktu.
Sprzedawca musi więc sprawdzić obowiązki dla konkretnej kategorii produktu. System etykietowania nie dotyczy każdego urządzenia elektrycznego w identyczny sposób, a szczegółowe wymagania wynikają również z aktów odnoszących się do poszczególnych grup produktów. Komisja Europejska prowadzi osobne wytyczne dla sprzedawców i wskazuje, że ich obowiązki są elementem systemu umożliwiającego klientom porównanie zużycia energii przed zakupem.
Dla polskiej firmy sprzedającej AGD do Niemiec ryzyko pojawia się często podczas lokalizacji katalogu. Załóżmy, że sklep posiada 600 modeli urządzeń, a dane techniczne są pobierane z polskiego systemu PIM, czyli systemu zarządzania informacją produktową. Polski szablon sklepu prawidłowo wyświetla klasę energetyczną, lecz integrator wysyłający oferty do niemieckiego marketplace nie przekazuje pola z etykietą albo kartą informacyjną produktu. Sprzedawca może mieć kompletne dane we własnej bazie, podczas gdy klient w Niemczech widzi niepełną ofertę.
Taki błąd nie wpływa wyłącznie na zgodność prawną. Konieczność pilnego zatrzymania części katalogu ogranicza sprzedaż, pogarsza efektywność kampanii reklamowych i może wywołać problemy z synchronizacją stanów magazynowych. Jeżeli dany produkt odpowiada za kilkadziesiąt zamówień dziennie, kilkudniowe wyłączenie oferty potrafi wygenerować większą stratę niż początkowa kwota 390 euro.
Szczególnej kontroli wymagają również nowe kategorie objęte etykietami energetycznymi. Od 2025 r. unijne wymagania dotyczą między innymi smartfonów i tabletów objętych rozporządzeniem delegowanym Komisji (UE) 2023/1669. Akt ten uzupełnia ramowe rozporządzenie 2017/1369 o zasady etykietowania tej grupy produktów. Dla sprzedawcy elektroniki aktualizacja katalogu produktowego powinna więc obejmować także kontrolę zmian regulacyjnych, a nie tylko informacje otrzymane przy pierwszym wprowadzeniu produktu do sprzedaży.
„Inbus” może wyglądać jak zwykła nazwa produktu, ale pozostaje chronionym oznaczeniem
Drugi przypadek jest szczególnie istotny dla polskich sprzedawców korzystających z automatycznych tłumaczeń opisów. Sprzedawca na eBay użył określenia odnoszącego się do marki INBUS przy produkcie, który nie był oryginalnym wyrobem tej marki. Według opublikowanego zestawienia żądana kwota wyniosła 2 123,08 euro, a upomnienie zostało wystosowane przez INBUS IP GmbH reprezentowaną przez kancelarię ADVANT Beiten.
INBUS funkcjonuje w niemieckim języku potocznym bardzo podobnie do nazwy całej kategorii kluczy sześciokątnych, lecz jego popularność nie usuwa automatycznie ochrony znaku towarowego. Sam producent podaje, że historia marki sięga 1934 r., a nazwa pochodzi od określenia „Innensechskant Bauer und Schaurte”.
Niemiecki Urząd Patentów i Znaków Towarowych, Deutsches Patent- und Markenamt, wyjaśnia, że znak towarowy służy do odróżniania towarów lub usług jednego przedsiębiorstwa od produktów innych podmiotów. Urząd zwraca jednocześnie uwagę, że przekształcenie zarejestrowanego znaku w nazwę rodzajową może prowadzić do utraty ochrony, lecz warunki takiego wygaśnięcia są rygorystyczne. Sam fakt, że konsumenci często używają marki jako nazwy produktu, nie daje więc sprzedawcy bezpiecznej podstawy do używania jej w cudzej ofercie.
Händlerbund już wcześniej opisywał podobne przypadki dotyczące INBUS. W jednym z nich sprzedawca oferował na eBay klucze sześciokątne innej marki, lecz nazwał je „Inbusschlüssel”. Roszczenie wynosiło wtedy 2 738,79 euro. Powtarzalność takich sporów pokazuje, że chronione określenia używane potocznie są realnym źródłem ryzyka w niemieckich katalogach marketplace.
Dla polskiego sprzedawcy problem może powstać podczas tłumaczenia słowa „imbus”. Pracownik przygotowujący niemiecką wersję aukcji może uznać „Inbusschlüssel” za oczywisty odpowiednik polskiego określenia i zastosować go w tytule, słowach kluczowych, opisie oraz parametrach produktu. Ten sam tekst trafia następnie przez integrator do kilku kanałów.
Bezpieczniejsza jest neutralna nazwa rodzajowa odpowiadająca faktycznemu produktowi, na przykład niemieckie „Innensechskantschlüssel”, jeżeli sprzedawany towar rzeczywiście należy do tej kategorii. W przypadku oryginalnych produktów marki sposób wykorzystania oznaczenia powinien odpowiadać rzeczywistemu pochodzeniu towaru i warunkom, na których sprzedawca może się posługiwać marką.
Niemiecka ustawa o znakach towarowych, Markengesetz, przyznaje właścicielowi znaku uprawnienia do dochodzenia zaniechania naruszeń, a przy spełnieniu ustawowych przesłanek również odszkodowania. Przy obliczaniu szkody przepisy pozwalają brać pod uwagę między innymi wynagrodzenie, które naruszyciel musiałby zapłacić za zgodne z prawem korzystanie z oznaczenia.
Automatyzacja zwiększa tu ryzyko finansowe. Firma posiadająca 5 tys. produktów może znaleźć chronione określenie w setkach opisów dopiero po otrzymaniu pierwszego pisma. Wtedy potrzebna jest nie tylko zmiana jednej aukcji, lecz wyszukanie wszystkich odmian nazwy w bazie PIM, tytułach marketplace, reklamach produktowych, treściach SEO i archiwalnych szablonach.
Audyt nazw powinien obejmować również dane pochodzące od dostawców. Opis otrzymany w pliku CSV od hurtowni nie daje automatycznie gwarancji, że wszystkie użyte w nim oznaczenia mogą zostać wykorzystane w niemieckiej sprzedaży detalicznej. Sprzedawca publikujący ofertę pod własnym kontem pozostaje stroną widoczną dla właściciela praw i operatora marketplace.
Zdjęcia produktowe mogą wygenerować rachunek bliski 8 tys. euro
Najdroższy z trzech sierpniowych przypadków dotyczył praw autorskich do fotografii. Sprzedawca oferujący produkty na Kaufland miał wykorzystać zdjęcia bez odpowiednich praw. Upomnienie wysłał Schulz-Design reprezentowany przez FREY Rechtsanwälte, a wskazana suma wyniosła 7 948,35 euro.
Niemieckie prawo autorskie zapewnia ochronę fotografiom. Paragraf 72 niemieckiej ustawy o prawie autorskim, Urheberrechtsgesetz, obejmuje ochroną fotografie i przyznaje odpowiednie prawo fotografowi. Ustawa reguluje również udzielanie praw do korzystania z utworu oraz roszczenia związane z bezprawnym wykorzystaniem chronionych treści.
W e-commerce często powstaje błędne założenie, że zdjęcie produktu można wykorzystywać tak samo swobodnie jak jego nazwę katalogową lub numer EAN. Sprzedawca kupujący 200 sztuk ekspresów od dystrybutora uzyskuje własność towarów, ale prawa do fotografii są odrębnym zagadnieniem. Jeżeli zdjęcia wykonała agencja, producent, fotograf albo inny sprzedawca, zakres ich wykorzystania zależy od posiadanych praw lub licencji.
Szczególnie ryzykowny jest model sprzedaży oparty na kopiowaniu materiałów z istniejących ofert. Pracownik widzi wysokiej jakości fotografię na stronie producenta, pobiera plik i wykorzystuje go w ofercie Kaufland. Firma może rzeczywiście sprzedawać oryginalny produkt, ale nie posiada dokumentacji potwierdzającej prawo do wykorzystania tego konkretnego zdjęcia na marketplace w Niemczech.
Drugi scenariusz dotyczy współpracy z hurtownią. Dostawca przekazuje folder ze zdjęciami i informacją, że materiały są „do wykorzystania w sprzedaży”. Polski sklep publikuje je na własnej stronie, Amazon, Kaufland i eBay. Dopiero podczas sporu okazuje się, że licencja dostawcy obejmowała jego własny sklep albo określony obszar zastosowania i nie dawała prawa do dalszego udostępniania plików wszystkim partnerom handlowym. Bez dokumentu określającego zakres uprawnień sprzedawca ma znacznie trudniejszą sytuację dowodową.
Koszt 7 948,35 euro pokazuje, dlaczego biblioteka zdjęć powinna być zarządzana podobnie jak inne dane wymagające zgodności. Przy każdym zestawie materiałów warto przechowywać informację o źródle, właścicielu praw, zakresie licencji, kanałach sprzedaży, terytorium oraz okresie, w którym można korzystać z plików. W firmie prowadzącej sprzedaż cross-border samo pole „zdjęcie producenta” nie daje wystarczającej kontroli.
Marketplace dodatkowo komplikuje proces. Zdjęcie przesłane do konkretnej oferty może zostać powiązane z katalogiem produktowym platformy, a sposób wykorzystania materiałów zależy także od warunków korzystania z danego marketplace. Zespół e-commerce powinien więc rozróżniać prawa uzyskane od fotografa lub dostawcy od zgód udzielanych operatorowi platformy podczas publikacji materiału.
Co powinien zrobić sprzedawca z Polski przed i po uruchomieniu sprzedaży w Niemczech
Kontrola niemieckiej sprzedaży nie może ograniczać się do regulaminu sklepu i polityki zwrotów. Trzy opisane przypadki dotyczą elementów znajdujących się bezpośrednio w katalogu produktowym: danych energetycznych, nazwy produktu oraz fotografii. Każdy z nich może zostać zmieniony przez system, integrator, dostawcę danych albo osobę przygotowującą tłumaczenie.
Pierwszym obszarem do sprawdzenia powinny być produkty objęte szczególnymi wymaganiami informacyjnymi. Przy sprzęcie związanym z energią sprzedawca powinien ustalić, czy dla danej grupy wymagana jest etykieta energetyczna i karta informacyjna produktu oraz czy oba elementy są poprawnie przekazywane do niemieckiego kanału sprzedaży. Oficjalne przepisy unijne wymagają od sprzedawców realizacji obowiązków wynikających zarówno z rozporządzenia ramowego, jak i regulacji dotyczących poszczególnych kategorii.
Drugi obszar obejmuje znaki towarowe. Niemiecki Urząd Patentów i Znaków Towarowych udostępnia bezpłatną bazę DPMAregister, w której można sprawdzać niemieckie zgłoszenia i zarejestrowane znaki. Przy dużych katalogach nie da się ręcznie analizować każdego słowa, ale można stworzyć listę określeń wysokiego ryzyka i automatycznie przeszukiwać tytuły, opisy oraz słowa kluczowe przed eksportem danych.
Trzeci obszar to dokumentacja zdjęć. Firma powinna potrafić odpowiedzieć, kto wykonał fotografię, od kogo otrzymała plik i na jakiej podstawie może wykorzystać go w konkretnym kraju oraz kanale sprzedaży. Brak takiej informacji powinien blokować publikację materiału, zamiast uruchamiać poszukiwanie licencji dopiero po otrzymaniu pisma od właściciela praw.
Duże znaczenie ma architektura integracji. Jeżeli polski sklep pełni funkcję głównego źródła danych, a Kaufland, eBay i inne kanały automatycznie pobierają zawartość katalogu, korekta musi zostać wykonana przede wszystkim w systemie źródłowym. Poprawienie samej aukcji na marketplace może dać krótkotrwały efekt, ponieważ kolejna synchronizacja przywróci błędny opis albo zdjęcie.
Sprzedawca powinien również prowadzić rejestr wersji treści. Przy sporze dotyczącym konkretnej oferty przydatna jest możliwość ustalenia, kiedy dane zdjęcie zostało opublikowane, z jakiego źródła pochodził tekst i w jakim okresie używano określonego oznaczenia. System PIM, ERP lub integrator powinien umożliwiać odtworzenie przynajmniej podstawowej historii zmian.
Po otrzymaniu niemieckiego upomnienia ryzykowne jest automatyczne podpisanie dołączonego zobowiązania albo zapłacenie wskazanej kwoty bez analizy zakresu roszczenia. Dokument może obejmować przyszłe obowiązki, których naruszenie będzie wiązać się z kolejnymi konsekwencjami finansowymi. Firma powinna jednocześnie zabezpieczyć dowody, ustalić skalę publikacji spornej treści i zatrzymać jej dalsze rozpowszechnianie w pozostałych kanałach.
Największe zagrożenie dla polskiego sprzedawcy nie wynika z pojedynczego błędu pracownika, lecz z połączenia błędu z automatyzacją. Nieprawidłowe określenie może przejść z tłumaczenia do systemu PIM, następnie do integratora, marketplace i kampanii produktowej. Zdjęcie bez jasnej licencji może zostać opublikowane w kilku krajach w ciągu kilku minut. Brak danych o efektywności energetycznej może dotyczyć całej grupy produktów po zmianie szablonu eksportowego.
Przy sprzedaży do Niemiec compliance, czyli zgodność procesu sprzedaży z obowiązującymi przepisami i prawami osób trzecich, powinien być częścią zarządzania katalogiem. Kontrola prawna wykonywana wyłącznie przed uruchomieniem sklepu nie obejmie nowych produktów, zmian unijnych regulacji, nowych tłumaczeń ani danych przesyłanych przez kolejnych dostawców.
Kwoty 390 euro, 2 123,08 euro i 7 948,35 euro nie przedstawiają pełnego kosztu takiego zdarzenia. Do rachunku mogą dojść konsultacje prawne, czas zespołu, wycofanie ofert, utracona sprzedaż, przebudowa katalogu, poprawki w integracji oraz zatrzymanie kampanii reklamowych prowadzących do niedostępnych produktów. W firmie działającej na niskiej marży jeden spór dotyczący zdjęć może pochłonąć zysk z dziesiątek lub setek zamówień.
Niemiecki rynek premiuje skalę, ale ta sama skala potęguje skutki błędów. Polski sprzedawca, który chce rozwijać sprzedaż na eBay, Kaufland, Amazon lub przez własny sklep, potrzebuje więc nie tylko dobrych tłumaczeń i sprawnej logistyki. Potrzebuje również kontroli nad tym, skąd pochodzi każda nazwa, fotografia i informacja regulacyjna publikowana przy produkcie.


